dzisiaj jest sobota, 16 grudnia 2017

Kliknij województwo, aby zobaczyć atrakcje.

Mapa atrakcji dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć wycieczki.

Mapa wycieczek dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć noclegi.

Mapa noclegów dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie
Booking.com

Morawy na rowerach z dziećmi - Dzieciaki w Plecaki polecają

2017-10-30 00:56

Gdzie pojechać trochę bliżej, ale żeby pogoda była lepsza? Bez deszczu ze śniegiem, przymrozków gruntowych… Dość szybko wygenerowaliśmy czeskie Morawy. Z Warszawy do Brna około 6 godzin, a jedzie się cały czas dwupasmówką. Przez Polskę! Już dla takiego fenomenu warto się wybrać.

Zainteresował nas morawski region Palava. Góry o zboczach porośniętych sadami winnymi. Dookoła małe miasteczka, gdzie co krok piwniczka z lokalnym winem.
Na miejsce zamieszkania wybraliśmy Mikulov. Z informacji z przewodników wynikało, że jest tam tak ładnie, że aż drożej niż w okolicy, ale wydedukowaliśmy, że w związki z tym może nie będzie tam tak bardzo poza sezonowo. Był to dobry proces myślowy. Mikulov może nie tętnił życiem, ale restauracje, kawiarnie, urocze bistra działały. Okolice, choć malownicze, dopiero się budziły. W sezonie musza tętnić życiem – piwniczki z winami, przed nimi ławy i stoły, kawiarnie i bary. Oglądaliśmy to co krok, altee pozamykane.

Do Mikulova przyjechaliśmy 30 kwietnia. Zamieszkaliśmy w czymś, czego charakter najlepiej oddaje nazwa „prywatna kwatera”. Duży pokój na poddaszu, na dole starsza pani, czyli Ubytowani u Machu. Nawet miło było, choć pani trochę komentarzy rzuciła, że trzymiesięczny niemowlak to w domu być powinien, a nie w przyczepce po Morawach jeździć.

Wiele noclegów można znaleźć poprzez portal booking.com oferujący wiele noclegów na Morawach i nie tylko.

Dzień pierwszy

Pierwszego dnia na rowerach nie jeździliśmy (zamieszkały w specjalnym pokoju na rowery. Chcieliśmy je trzymać na bagażniku samochodowym, ale wzbudziło to niepokój gospodarzy. „Mam stracha o wasze koła” – tak to chyba brzmiało. Podobno nocą mógłby ktoś ukraść). Przerobiliśmy naszą przyczepkę (Qeridoo SpeedKid 2) na wózek i objechaliśmy Mikulov. Jest tam urocza mała starówka i piękny zamek. O walorach historycznych nie będę się rozpisywać, do zamku nie wchodziliśmy. Co to za zwiedzanie z dwulatkiem o temperamencie niszczącego tornada i jedenastolatkiem na rowerze dziecięcym, który dla odmiany nie przepuści żadnemu eksponatowi.

Dzień drugi.

Drugiego dnia przyczepka przestała być wózkiem, wpakowaliśmy do niej dzieci, objuczyliśmy się pampersami, mlekiem, myjkami, butelkami, podkładami itp. I z wielkim entuzjazmem ruszyliśmy w trasę. Trochę zbyt wielkim, bo zapomnieliśmy zaprowiantować członków ekipy starszych niż 2 lata. Przejechaliśmy przez brukowane uliczki Mikulova i wyjechaliśmy trasą nr 13 na południe. Na Morawach trasy rowerowy są oznaczone, ale nie znaczy to, że są to osobne drogi rowerowe. Niektóre tak, ale większość to tamtejsze drogi, często dojazdowe do winnic. Początkowy odcinek z pierwszego dnia był rewelacyjny. Pola i pagórki przecięte asfaltową drogą z wyznaczonymi pasami dla rowerów. Co kilka kilometrów zagajniki, a w nich ławki i stoły, żeby zrobić sobie przerwę w pięknych okolicznościach przyrody. Auta czasem nas mijały, lecz rzadko i powoli. Z tej wymuskanej trasy skręciliśmy na Ottenthal, planując pętlę przez Valtice i wjechaliśmy do Austrii. W Austrii też pięknie. Pagórki, pola pachnącego rzepaku, wsie z wymuskanymi ogródkami, zadbane palce zabaw. Tyle, że było pusto i wszystko było pozamykane. I zaczęło wiać. Przejechaliśmy przez Ottenthal, Falkenstein, Poysbrunn, Herrnbaumgarten.

Pierwszy odpadł Antek - z przewiania i głodu. Potem ja zaczęłam marudzić. A tu wszystko pozamykane. Przed Schrattenberg, czerwoni od wiatru, zdecydowaliśmy się przerwać. Mąż odpiął przyczepkę i pomknął do Mikulova po samochód, a matka z trójką dzieci rozłożyła koc w polu.
Wieczór spędziliśmy w Mikulovie, w uroczej restauracji Tanzberg, przy ulicy Husova.

Dzień trzeci.

Trzeciego dnia zaprowiantowaliśmy się nie tylko mlekiem i słoiczkami z zupą. Uwzględniliśmy też potrzeby starszego syna – batony, i nasze zdanie o tym, czego starszy syn i my potrzebujemy – kanapki, owoce… (ekipa Dzieciaki w Plecaki rekomenduje na takie sytuacje termosy obiadowe albo palnik i naczynia turystyczne). Tym razem wyjechaliśmy na północ trasą „Moravską vinną”. Początek to jechanie pod górę. Wysiłek rekompensuje oglądanie się za siebie, bo otwiera się widok na Mikulov – po lewej Święta Górka, po prawej zamek. I wszędzie bzy – majowe Morawy upojnie pachną bzami. Po wyjechaniu z Mikulova droga skręca, zaczynają się pagórki i winnice. Można też podziwiać formacje skalne gdzieniegdzie się wyłaniające. Jest pięknie. Do miasteczka Klentnice głównie podjazd, ale potem – szaleńczo w dół. Przez wioski i winnice spada się w kierunku miasteczka Pavlov usytułowanego nad ogromnym jeziorem. Dokładniej – nad jednym z trzech sztucznych zbiorników Nove Mlyny na rzece Dyji. To niezwykle malownicze miejsce, szkoda, że majowo pozamykane. Zrobiliśmy tam sobie piknik. Po drugiej stronie jeziora znajduje się większe miasto Hustopece i dalsze trasy rowerowe. Z daleka wyglądały na bardziej płaskie.

Nasza trasa było to okrążanie Pavlovskiej góry. Po wyjechaniu z Pavlova, jechaliśmy przez chwile brzegiem jeziora, a potem zaczęliśmy wracać w stronę Mikulova, tyle że z drugiej strony wzniesienia. Znowu mijaliśmy pola, winnice, pagórki, wioski ze sklepami winnymi. Słońce, zapach bzu i rzepaku. Pięknie, choć dla mniej wprawnych rowerzystów trochę męcząco. Na kolejny przystanek zatrzymaliśmy się w Pernie, bo był tam otwarty bar. Z podjazdem dla rowerzystów, stojakami, placem zabaw – jak już coś było otwarte, to standard był taki. Wnioskuję, że wszędzie usługi kierowane są pod rowerzystów i to z dziećmi. Później parkowaliśmy jeszcze w Bavory na uroczym placu zabaw, bo przyczepka zaczęła pożądliwie jęczeć na jego widok. A potem pojechaliśmy w górę na Turold, aby zamknąć „Moravską vinną” i wrócić do Mikulova. Podjazd pod górę jest oczywiście męczący, ale to bardzo przyjemny odcinek trasy. Jedzie się pomiędzy winnicami, w dole widać łany rzepaku, wsie i miasteczka. Pętla „Morawska Winna” zamyka się kawałek przed Mikulowem, co daje przyjemność zjechania w dół odcinkiem, którym kilka godzin wcześniej jechało się pod górę. Znowu Święta Górka, zamek i bzy, tym razem w pędzie. Mikulov jest miasteczkiem na zboczu góry i zawsze dostarcza takich wrażeń. Albo się do niego wspinamy, albo do niego wpadamy w pędzie.

Dzień czwarty.

Czwartego dnia zdecydowaliśmy się na wyprawę do Valtic. Zainteresował nas tamtejszy pałac i park. Wyjechaliśmy z Mikulova dla odmiany w dół przez centrum i odbiliśmy szlakiem numer 9/13 w stronę Sedlec. Droga była utwardzona, ale przypominała szosę przez Kozią Wolę. Dziura dziurę pęknięciem poganiała. Po drodze minęliśmy instalację poświęconą tym, którzy zginęli biegnąc ku wolności. Naszego jedenastolatka tak temat zafrapował, że utknęliśmy w opowieściach o sowieckiej okupacji, PRL-u, kolejkach, kartkach, pewexach itd. Pierwszy postój zrobiliśmy w Sedlecach w restauracji „Pańska skórka”. To miejsce dopiero czymś będzie, na razie jest wielkim remontem. Działa tam jednak bar na betonowym podwórku, otoczonym betonowym ogrodzeniem. W tym specyficznym miejscu pracuje bardzo miły kelner, który z zapałem uczył się od nas języka polskiego. Gdy opanował zwroty grzecznościowe i to, co miał w karcie (obowiązkowy gulasz z knedlem), ruszyliśmy przez Uvaly do Valtic. Jakość drogi zdecydowanie się poprawiła, mknęliśmy szeroką, nową ulicą z wydzielonymi pasami dla rowerzystów.

Valtice to jedna ze stolic wina w Czechach. Jadąc przez nie, co rusz mija się sklepy z winem, winiarnie, a można nawet wybrać się do podziemnych sklepów winnych.
Valticki pałac jest ogromny. Czteroskrzydłowy, z wielkim dziedzińcem, skrzący się barokowym przepychem. Wnętrza oczywiście nie oglądaliśmy, ale bardzo podobał nam się zlokalizowany obok niego ogród ziołowy.

Valtice, podobnie jak Mikulov, cieszą się całorocznym zainteresowaniem turystów. Większość atrakcji jest czynna, kawiarnie i bary tętnią życiem. Obiad zjedliśmy w restauracji Avalon, kierując się zasadą, że trzeba zejść z głównego deptaka. Trochę obawialiśmy się spotkania z królem Arturem w Czechach, ale kuchnia była bardzo przyzwoita (czeska). Następnie skierowaliśmy się w stronę Mikulova, jadąc drogą nr 12 przez Hlohovec. Był to bardzo przyjemny odcinek podróży, część trasy wiodła przy stawach rybnych. Chcieliśmy także przejechać się trasą zupełnie niedostępną dla samochodów i w miejscowości Sedlec zjechaliśmy na drogę gruntową. Prowadziła nas przez łąki, sady i pola. Mijaliśmy gospodarstwa i pensjonaty w winnicach. Zakopywaliśmy się w piasku i pokonywaliśmy ogromne kałuże. Przyjemnie, ale mecząco. Dojechalibyśmy tak do Mikulova, ale trasa nam się urwała. Wjechaliśmy na teren budowy, gdzie prócz kilku tłustych kotów żywej duszy nie było i koniec. Szukaliśmy objazdu, przyglądaliśmy się brzegowi jeziorka, że może wylało na ścieżkę, spenetrowaliśmy chaszcze i nic. Wyglądało, jakby ktoś rozpoczął budowę na trasie rowerowej. Przyszło nam wrócić na asfalt i dojechać do Mikulova drogą nr 40, a właściwie ścieżką równoległą do tej dość ruchliwej trasy. Nowiutką i gładką jak stół. Był to jedyny odcinek o takim charakterze, jaki zaliczyliśmy. Większość tras to tamtejsze drogi o różnej jakości nawierzchni i oznaczenia, udostępnione rowerzystom.
Tym razem do Mikulova wjechaliśmy w opcji pod górkę.

Dzień piąty.
Ostatni dzień naszego pobytu na Morawach, nasze rowery spędziły w pokoju dla rowerów. Pojechaliśmy do Lednic samochodem. Można tam oczywiście dotrzeć rowerem, tras nie brakuje (np. przez Hlohovec), ale dzieci były już nieco znużone przyczepką.
W Lednicach jest pałac i park rodu Lichtensteinów – podobnie jak w Valitcach, tylko w proporcjach odwróconych na korzyść parku. Pałac podobać się może, choć osobiście fanką neogotyku nie jestem. Duży i imponujący. Park zaś uroczy. Bliżej pałacu uporządkowany i przystrzyżony, dalej bardziej swobodny. Z przypałacowej części szybko się ewakuowaliśmy, bo trwało właśnie wykopywanie cebul tulipanów i nasz dwulatek poczuł zew ziemi, nakazujący mu
włażenie w każde przekopane poletko. W części angielskiej, bez rabatek, mogliśmy się poruszać, a nie stać i patrzeć jak Ignacy depcze czarnoziem. Spacerowaliśmy alejami wokół dwóch stawów, widzieliśmy Mauretański Wodociąg, Jaskinię Niebo i Piekło (sztuczne twory) i Minaret. Takimi atrakcjami można się cieszyć w lednickim parku, choć najwspanialszy jest sam park, pełen pięknych drzew i kwitnących krzewów.
Zaryzykowaliśmy obiad w restauracji na terenie parku (przy głównym wejściu) i nie było to złe doświadczenie. Bez szału, ale całkiem poprawne dania nam się trafiły. Zaleczyły nieco naszą traumę po posiłku na mikulowskim rynku (restauracja przy fontannie, wejście w bramie, schodami w dół), gdzie każdy zamówił co innego, a wszyscy dostaliśmy to samo mięso w tym samym palącym chemią sosie. Aaaa! Potem chadzaliśmy tylko do Tanzberg Restaurant, na kuchnię czeską, włoską i żydowską. Początkowo wielką nieufność wzbudziła w nas ta obfitość tradycji kulinarnych, ale okazało się, niesłusznie. Szczerze polecamy.

Podsumowując – czy Morawy to „raj dla rowerzystów”? (Z takim określeniem spotykaliśmy się często, przeglądając strony o Morawach, przed wyjazdem.) Co tam komu w duszy gra! Z tym rajem trochę tak jak z „Toskanią północy” – kolejny twór kogoś z małą wyobraźnią.
W Toskanii są sady oliwne i może na nich w szukaniu różnic poprzestańmy. W raju to nie wiem. Niektórzy to mówią, że każdy, odziany w długą suknię śpiewa psalm i przygrywa na lirze… Też Morawy nie pasują, bo są różnorodne. Plusów dla rowerzystów mają mnogość. Infrastruktura rowerowa imponuje. Trasy są oznaczone i połączone, można rowerem dojechać wszędzie. Można wybierać – chcę lecieć po asfalcie czy życzę bardziej przez krzaki. Rzecz w dokładnym czytaniu mapy – a te dostępne są dosłownie wszędzie. Czasami jakość nawierzchni może irytować: dziury, żwiry, koleiny. Innym razem lustro. Naszą oceną warunkuje też to, że byliśmy z dziećmi. Nie marudziłabym z powodu większego ruchu samochodowego tu i tam, gdyby nie przyczepka, ze wszystkim co kocham. Na wielu zdjęciach tras morawskich, które można w Internecie znaleźć, są te ich najlepsze – z wydzielonymi szerokimi pasami dla rowerów. One też tam są, niemniej nie wszystkie tak wyglądają. Przykładowo piękna krajobrazowo trasa Miculov – Pavlov to droga pod ruchem, bez wydzielonych pasów dla rowerów. Rowerzysta „sam” jedzie i się zachwyca, rowerzysta z przyczepką jednak baczy, co to go będzie mijało i czy bezpiecznie. Rodzice morawskie trasy muszą dobierać z rozwagą. Jak to rodzice :)

Rowerzystów na Morawach cieszą różnice wysokości. Mniejsze, większe. Tu myślisz, że nigdy się ten podjazd nie skończy, tam masz wrażenie, że przesiadałeś się do jadącej w dół kolejki górskiej. A potem seria lekkich pagórków. Bajka. I znowu – nie dla wszystkich. Jak się ma jedenastolatka w drużynie, to się słucha, że on wraca i dalej pod tę górę nie jedzie. I co tam w ogóle jest, że się tak męczymy. A potem o wszystkim zapomina i cieszy się jazdą w dół…
Morawy są piękne. Te majowe bzowo – rzepakowe zapadają w serce rowerzysty. Każdego – samotnego, dzieciatego… Porównanie z Toskanią mi się nie podoba, bo Morawy mają swój własny charakter. Zdecydowanie wart poznania.

Warto też wspomnieć o serwisach rowerowych w każdej najmniejszej nawet wsi. Niektóre w maju były zamknięte, ale były na nich karteczki z numerem telefonu i serwisant zjawiał się po wezwaniu. Wiemy, bo skorzystaliśmy.

Na koniec przyszło mi w końcu do głowy, że jak jest się na Morawach bez dzieci, to można rowery schować w pokoju na rowery i się morawskim winom bardziej poświęcić.

Artykuł i zdjęcia napisała zadowolona klientka Sklepu Dzieciaki w Plecaki :)

Komentarze do artykułu w mediach społecznościowych:

"My jechaliśmy dopiero co Moravská stezka - Cyklostezka plná zážitků z czterolatkiem i sześciolatką, rekomenduję bo w całości dla dzieci przejezdna i prawie wyłącznie asfalt. Ale nie wszędzie są wydzielone drogi czy pasy dla rowerów. Zdarzają się nawet krótkie odcinki ruchliwymi drogami. Plus jednak dla Czechów za bardzo ostrożną jazdę i empatię dla rowerzystów, czuliśmy się bezpiecznie. O tej porze roku wszystkie knajpki i atrakcje były otwarte."

Komentarze

Zalogowani użytkownicy nie muszą wpisywać kodu bezpieczeństwa. Zarejestruj się teraz lub zaloguj się jeśli masz już konto.