dzisiaj jest niedziela, 18 lutego 2018

Kliknij województwo, aby zobaczyć atrakcje.

Mapa atrakcji dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć wycieczki.

Mapa wycieczek dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć noclegi.

Mapa noclegów dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie
Booking.com

Magiczne Roztocze - na rowerze z dzieckiem

2018-02-12 00:10

Znakomite mapy wydawnictwa Paweł Wład

Znakomite mapy wydawnictwa Paweł Wład

- Spalili Nasze domy, spalili całe wioski. Ale naszych charakterów nie tknęła żadna pożoga, ona je tylko wzmocniła. Te domy są symbolem Naszej siły i pracowitości. Odbudowane po wojnie, dbamy o nie do dzisiaj. -słowa te wypowiadane cicho i spokojnie ale jednocześnie pewnie i dumnie aż dźwięczały w ciszy niedzielnego poranka. Pani Genowefa, którą spotkaliśmy przed pięknym, drewnianym domem okazała się sąsiadką właścicielki, Pani Waleriany. - Nie jesteśmy takie stare, ledwie 88 i 95 lat. Jest we wiosce kobieta co ma lat 104. I ona jest stara, to fakt. - rozwiała wątpliwości młodsza z Pań. - Od lat, ludzie fotografują mój dom, nie wiem dlaczego. Stary już, drewniany. Są we wiosce ładniejsze, murowane, nowsze. Pan jest pierwszy, który chce zrobić zdjęcie nie jemu a Nam. To miłe. - wolno i jeszcze ciszej od sąsiadki powiedziała te słowa Pani Waleriana. - Stańmy tylko na tle kwiatów, one są ładne, jesteśmy z nich dumne. Całe życie są z nami.

Wyjąłem aparat, skadrowałem, uwieczniłem chwilę na karcie pamięci. Obiecałem, że zdjęcie wywołam i wyślę na pamiątkę. Dla mnie chwile jak ta, rozmowy i ludzie są najlepszą pamiątką z odwiedzanych miejsc. Tego nie zabierze mi nikt.

Tak rozpoczęły się Nasze wakacje na Roztoczu. Pięćset metrów od naszej agroturystyki w Bagnie, dzielnicy Zwierzyńca, historia wzięła Nas w swoje objęcia i postanowiła powiedzieć dzień dobry. Mój dwuletni synek wesoło przyglądał się obu Paniom i nic nie rozumiał z Ich opowieści. Być może kiedyś wróci sam w te strony, Naszych rozmówczyń zapewne już nie będzie ale słowa pozostaną. I te zdjęcie.

Panie Genowefa i Waleriana z Topólczy

Zaplanowanie ponad dwutygodniowego pobytu na Roztoczu nie było łatwym zadaniem. Wspomniane we wstępie liczne atrakcje, zarówno przyrodnicze jak i te stworzone ręką człowieka, przytłaczały ilością. Dlatego też jesteśmy niezmiernie zadowoleni z faktu iż przełożyły się one na jakość. Kilkanaście spędzonych dni pośród roztoczańskich pagórków pozwoliło odwiedzić Nam przepiękne cerkwie, urocze rezerwaty przyrody, zagubione pośród przyrody wsie, podziwiać piękno Wieprza i Tanwi z perspektywy kajaków, doświadczyć niesamowitej gościnności mieszkańców oraz zasmakować w miejscowych przysmakach. Ponad sześćset przejechanych kilometrów na rowerach sprawiło, że zakochaliśmy się w Roztoczu. To właśnie z perspektywy dwóch kółek świat wokół nabiera kształtów, zapachów i daje najwięcej radości. Nie sposób tego zamienić na cokolwiek innego.

Kolorowe Roztocze

Kolorowe Roztocze

Pierwsze cztery dni spędziliśmy mieszkając w Bagnie, nieopodal Zwierzyńca. O ile samo miejsce noclegowe nie okazało się zbyt dobrym wyborem to już okolice były rewelacyjne pod każdym względem.

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie.

Pierwszego dnia chcieliśmy przywitać się z najsłynniejszym chrząszczem w Polsce i koszmarem każdego uczącego się języka polskiego. Jako, że nigdy nie zmierzamy do celu najkrótszymi drogami, do Szczebrzeszyna udaliśmy się przez Las Cetnar. Fantazyjne wąwozy występujące w tym regionie zawdzięczają swe powstanie lessowemu podłożu na którym się znajdują. Upewniwszy się uprzednio, że leśne drogi będą przejezdne z przyczepką rowerową, udaliśmy się w okolice Kawęczynka. Szybko przekonaliśmy się o tym, że tutejsze pagórki nie będą łatwym przeciwnikiem. Śliskie podłoże i momentami spore nachylenie nie ułatwiały zadania. Piękny wąwóz wyprowadził Nas na szczyt skąd udaliśmy się polną drogą w kierunku Szczebrzeszyna. Droga na tym odcinku była w tak fatalnym stanie, że jazda zamieniła sie w spacer umilany wyjątkowo pięknymi okolicznościami przyrody. Bliższe i dalsze okolice Szczebrzeszyna to kraina fasoli. Jest uprawiana tutaj w wielkich ilościach i bardzo fotogeniczna. Równe rzędy stojących tyczek i zielone pędy, które je oplatają tworzą zgrabną całość z roztoczańskimi pagórkami. Na taki właśnie widok trafiamy zjeżdżając polną drogą w kierunku Szczebrzeszyna i przez dłuższą chwilę wpatrujemy się w krajobraz. Po chwili dziurawa, lessowa droga zamienia się w gładki jak stół, asfaltowy dywanik pośród pól i pagórków. Unijne pieniądze dotarły szerokim strumieniem na Roztocze i jak informuje tabliczka, stojąca obok, służą teraz za dofinansowanie dróg dojazdowych na pole uprawne. Rolnicy mają więc też swoje autostrady. My przy okazji też, dla Michała w przyczepce tak równa droga to prawdziwy wersal po dziurawym jak ser ostatnim odcinku.

Lessowy wąwóz w Lesie Cetnar pomiędzy Kawęczynkiem a Szczebrzeszynem

Lessowy wąwóz w Lesie Cetnar pomiędzy Kawęczynkiem a Szczebrzeszynem

Szczebrzeszyński językowy i ortograficzny łamaniec, to jeden ze sztandarów Naszego ojczystego języka. Ciekawostka ta została uczczona w tym miasteczku dwoma pomnikami tego sympatycznego owada. Jeden betonowy stoi przed urzędem miasta, drugi drewniany na jego obrzeżach, w pobliżu dawnego młyna. Samo miasteczko nie należy do zbyt urokliwych ale znajdująca się nieopodal restauracja w Klemensowie nadrabia tą niedogodność. Pyszne regionalne jedzenie zadowoli największych krytyków kulinarnych. Michał ma okazje pobawić się ze zwierzętami znajdującymi się w zagrodzie i poszaleć na małym placu zabaw. Miejsce bez wątpienia godne polecenia rodzinom z dziećmi i nie tylko.

Pomnik chrząszcza przed urzędem gminy w Szczebrzeszynie

Pomnik chrząszcza przed urzędem gminy w Szczebrzeszynie

Do Zwierzyńca można wrócić w dwójnasób, szlakiem Green Velo biegnącym wzdłuż ruchliwej drogi wojewódzkiej bądź spokojną i sielską drogą przez Kawęczyn i Topólczę przez co Nasz wybór mógł być tylko jeden. W Topólczy wydłużyliśmy wycieczkę i udaliśmy się na druga stronę rzeki Wieprz aby w ten sposób dojechać na miejsce. Czarny szlak szybko wyprowadził nas na nadrzeczne łąki, gdzie skończyło się oznakowanie i jechaliśmy na azymut, częściowo po trawie oraz bliżej nieznanych zaroślach dojeżdżając do rzeki. Spróbowaliśmy nawet kąpieli ale lodowata woda szybko ostudziła Nasze zapędy. Wyjechaliśmy na wspomniane wcześniej Green Velo i dojechaliśmy do Zwierzyńca. Było niedzielne popołudnie więc ludzi tłumy, wokół zalewu i browaru ciężko przejechać. Pełni obaw pojechaliśmy nad Stawy Echo poleżeć trochę na plaży gdzie w blasku zachodzącego słońca plażowiczów ostała się na szczęście tylko garstka więc w spokoju zaliczyliśmy błogie lenistwo. Michaś mógł do woli wyszaleć się w piasku i wodzie. Pierwsza wycieczka okazała się pełna wrażeń i atrakcji, zasnęliśmy szybko i głęboko.

Koniki Polskie, Zagroda w Guciowie i kajaki na Wieprzu

Wokół Zwierzyńca jest kilka punktów widokowych, z których można podziwiać rozległe panoramy Roztocza Środkowego. Jednym z takich miejsc jest Biała Góra, która dumnie wypiętrza się zaraz za Roztoczańskim Centrum Naukowo - Edukacyjnym RPN. Stojąca na jej szczycie wieża widokowa pozwala na wygodne obserwacje bliższej i dalszej okolicy. Był to jeden z celów dzisiejszej wycieczki i nie mogliśmy wybrać lepiej. Przepiękne widoki roztaczające się ze szczytu spowodowały, że upłynęła dłuższa chwila zanim wróciliśmy na dół. Leniwie pasące się wokół stada krów oraz kilkanaście koników polskich dotrzymujących im towarzystwa dopełniły obrazu sielanki jaka Nas otaczała. Poczuliśmy się tu jak na Naszych ukochanych Bałkanach.

Karmienie koników polskich na Białej Górze

Karmienie koników polskich na Białej Górze

Pełni estetycznych doznań jakie zapewniła Nam wizyta na Białej Górze z zadowoleniem ruszyliśmy dalej, przed siebie. Jadąc niespiesznie przez Roztoczański Park Narodowy dojechaliśmy do Bondyrza. Mieszcząca się w nim restauracja serwująca pstrągi z własnej hodowli nie musiała Nas długo do siebie zapraszać. Ładnie przygotowane miejsce, odrestaurowany młyn wodny na Wieprzu, własna wędzarnia i plac zabaw dla dzieci. Nic więcej w tej chwili nie potrzebowaliśmy. Pstrąg wędzony w temperaturze pięćdziesięciu stopni był jedną z najlepszych ryb jakie kiedykolwiek jadłem.

Mieliśmy również okazje zamienić kilka słów z właścicielem hodowli i dowiedzieliśmy się od Niego sporo ciekawych rzeczy o pstrągach i wszystkim co z nimi związane. Opowiadał z dużą pasją, widać że zna się na tym co robi i potrafi tym zaciekawić słuchacza. Ta rozmowa była dla Nas rekompensatą za niezbyt udane ciasto i kawę.

Hodowla pstrągów i zabytkowy młyn w Bondyrzu

Hodowla pstrągów i zabytkowy młyn w Bondyrzu

Jadąc do Bondyrza minęliśmy zagrodę w Guciowie. Z zewnątrz prezentowała się przyzwoicie więc, po odwiedzinach hodowli pstrąga. wróciliśmy w te miejsce aby zobaczyć co ma do zaoferowania. Skansen czy też Muzeum Etnograficzno - Przyrodnicze okazało się dla Nas sporym zawodem. Przyjemnie było tylko przez pierwsze pięć minut, gdy byliśmy w skansenie właściwie sami i przewodnik grał leniwe melodie na pianinie w rogu restauracyjnej sali. Można było siedzieć i wsłuchiwać się w dźwięki, które mieszały się z zapachem starości drewna i ciszą tego miejsca. Wyjątkowo piękna scena. Problemy zaczęły się chwile później. Zamawiając obiad i kawę, tę druga otrzymaliśmy jako pierwszą i zdążyła wystygnąć zanim zjedliśmy. Prosiliśmy aby naleśniki dla Michałka podać pierwsze, dostał ostatni. Jedzenie mocno średnie, zupa z pokrzyw miała ich tyle, że musieliśmy szukać ich wytężonym wzrokiem. Pisząc krótko, nie warto. Skansen okazał się płatny i można było zwiedzać go tylko z przewodnikiem, odpuściliśmy. Trzy stare chałupy, które stały obok nie wydały się nam na tyle interesujące aby tracić czas na ich zwiedzanie. Czary goryczy przelał przyjazd autokaru z wycieczką w Warszawy i gdy kilkadziesiąt osób wypełzło na tak mały teren zrobiło się prostu nieprzyjemnie i bez żalu odjechaliśmy dalej.

Muzeum Etnograficzno - Przyrodnicze w Guciowie

Muzeum Etnograficzno - Przyrodnicze w Guciowie

Muzeum Etnograficzno - Przyrodnicze w Guciowie

Muzeum Etnograficzno - Przyrodnicze w Guciowie

Po niepowodzeniach w Bondyrzu i Guciowie, udaliśmy się do Obroczy. Nie mając żadnego doświadczenia ze spływem kajakowym z dwulatkiem na pokładzie mieliśmy sporo obaw jak to będzie ale pełni zapału i wrodzonego optymizmu wypożyczyliśmy kajak i z biegiem Wieprza udaliśmy się do Zwierzyńca. Rowery i przyczepkę zostawiliśmy pod czujnym okiem właścicielki kajaków umawiając się za dwie godziny na ponowną dokonać wymianę sprzętu pływającego na jeżdżący. Wieprz okazał się trudnym przeciwnikiem. Kręte koryto i niski stan wody nie raz, nie dwa zmuszał Nas do odpychania się od dna. Zwalone w poprzek rzeki drzewa dodawały spływowi uroku a w Nas wymuszały ciągłą koncentrację nad wybraniem optymalnej drogi. Michał był zachwycony odmianą, nawet woda z rzeki smakowała mu do tego stopnia, że wolał ją niż swój sok do picia. Całość zakończyliśmy pół godziny później niż zakładał plan, zmęczeni ale z chęciami na jeszcze. Polecamy.

Koniec spływu Wieprzem na odcinku Obrocz - Zwierzyniec

Koniec spływu Wieprzem na odcinku Obrocz - Zwierzyniec

Z niedźwiedziem za pan brat.

Mam słabość do drewnianej architektury sakralnej. Uwielbiam zwiedzać, oglądać i czuć zapach starych, kilkusetletnich kościołów z drewna. Woń palonych świec, ścian przesiąkniętych wiarą i podłóg, na których odciśnięte są ślady kilku pokoleń zawsze nastraja mnie melancholią i zadumą. Uwielbiam takie miejsca, uwielbiam ich ciszę i to, że mówią przez nie wieki. Na Roztoczu mamy te szczęście, że czy zerkniemy w prawo, czy popatrzymy w lewo to tego rodzaju uniesień Nam nie zabraknie. Tym razem spojrzeliśmy na południe i tam się skierowaliśmy. Trzysta lat historii zamkniętej w modrzewiu wydawało się dobrym celem.

Wyraźnie wypiętrzające się przed Nami pagórki otaczające Sochy i Szozdy były idealną, poranną, przystawką. Podjazd na szczyt Lasowej Góry, choć niezbyt stromy, był długi i rozgrzał Nas na tyle, że chłód przedpołudnia odszedł w zapomnienie. Kilkadziesiąt kilogramów jakie ciągnie się za sobą zmusza do innego postrzegania poziomic na mapie ale radość z jazdy w pofałdowanym terenie rośnie proporcjonalnie do trudności.
Tuż za Góreckiem Kościelnym zjechaliśmy do lasu, do Rezerwatu Szum. Niecałe dwa kilometry rzeki Szum, dopływu Tanwi, objęto ochroną ze względu na występujące na tym terenie rzadkie rośliny oraz zwierzęta. Poprowadzono tu ścieżkę dydaktyczną i nie omieszkaliśmy z tego skorzystać. Bór sosnowy porastający wierzchowinę roztaczał wokół przepiękny, żywiczny zapach. Rezerwat jest zdecydowanie wart odwiedzin, ale Nasze zmagania z nim mocno zniekształciły Nam odbiór jego piękna więc opuściliśmy je z dużym niedosytem. Szybko przekonaliśmy się, że jazda rowerem jest tutaj niemożliwa a ciągnięcie przyczepki w tych warunkach jest niemalże wyczynem. Cóż, za błędy trzeba płacić. Nagrodą za wszystkie niedogodności był świeży ślad niedźwiedzia, na który natrafiliśmy nad samą rzeczką. Niesamowite i ekscytujące zarazem. Przyroda potrafi zaskakiwać.

Rezerwat Szum na Roztoczu

Rezerwat Szum

Rezerwat Szum na Roztoczu

Rezerwat Szum

Zmęczeni przygodą w rezerwacie trafiliśmy w Górecku Kościelnym do Karczmy nad Szumem, która zaserwowała Nam rewelacyjną kawę i jeszcze lepszą szarlotkę z lodami. Dopełnieniem relaksu był duży plac zabaw, na którym mógł wyszaleć się Nasz pełen wigoru synek a My mogliśmy w spokoju delektować się odpoczynkiem. Przy okazji odbyliśmy dłuższą rozmowę z sympatyczną parą z Biłgoraja, która opowiedziała Nam sporo ciekawostek o Roztoczu i okolicach, nie do dostania w żadnych przewodnikach i książkach.

Główny cel dzisiejszej wycieczki stał przed Nami i robił wrażenie swoją wielkością. Zapach modrzewia, jego faktura i kolor od zawsze są jednym z moich ulubionych ale tym razem czułem się zawiedziony. Jego otoczenie i wygląd nie spodobały mi się ani trochę. Wydał mi się za nowy, bez duszy, bez wiary. Nie tego się spodziewałem, zrobiłem jedno pamiątkowe zdjęcie wewnątrz kościoła i to by było na tyle. Zupełnie inne odczucia wywarła na Nas kapliczka na wodzie, którą postawiono nieopodal nad rzeką Szum. Piękne położenie, prostota formy i górujące nad nią pomnikowe dęby powodowały, że miejsce te nabierało wyjątkowego uroku. Przy kapliczce zlokalizowane jest źródełko z wodą, która podobno ma właściwości lecznicze i pomaga na choroby stawów.

Kapliczka na wodzie w Górecku Kościelnym

Kapliczka na wodzie w Górecku Kościelnym

Powrót do Zwierzyńca mieliśmy przez serce Roztoczańskiego Parku Narodowego. Świetnej jakości szutrowa droga została poprowadzona z Górecka Starego przez Floriankę i kończy się przy zwierzynieckich stawach echo. Jest zamknięta dla ruchu samochodowego i powinna być stawiana za wzór tego jak powinna wyglądać leśna droga dla rowerów. Kilka kilometrów idealnie ubitego szutrowego podłoża w cieniu drzew sprawiło, że jazda było wyjątkowo przyjemna. We Floriance, która leży w sercu tego dziewiczego terenu założono hodowlę koników polskich a w zabudowaniach dawnego folwarku znajduje się obecnie Izba Leśna RPN. Atrakcji co nie miara i wszystkie je Michaś postanowił przespać. Cisza jaka panowała wokół i szum opon toczących się po szutrowym dywanie skutecznie uśpiły go na dłuższy czas i obudził się dopiero gdy dotarliśmy do agroturystyki. Na miejsce zajechaliśmy późnym popołudniem, fizycznie zmęczeni ale po raz kolejny zachwyceni tym czym Roztocze Nas obdarzyło.

Green Velo pomiędzy Góreckiem Starym a Zwierzyńcem

Green Velo pomiędzy Góreckiem Starym a Zwierzyńcem

Wokół Krasnobrodu śmiało można wytyczyć kilka ciekawych wycieczek rowerowych ale trzydzieści cztery stopnie w cieniu nie dawały Nam wielkiego wyboru. Gorące powietrze wręcz oblepiło Nas swoimi mackami, więc nie było co się zastanawiać nad kierunkiem jazdy tylko udać się w kierunku zielonych plam na mapie.

Klasztor w Krasnobrodzie w każdej turystycznej ulotce jawi się jako perełka. Stojąc pod nim nie sposób było wyrobić sobie opinii, ponieważ fasadę szczelnie owijało rusztowanie, za którym trwała renowacja. Zerknęliśmy do zagrody z ptakami, szumnie nazywanej ptaszarnią i po raz drugi tego dnia ogarnęło Nas rozczarowanie. Brudne, zaniedbane i niemile pachnące miejsce. W Krasnobrodzie miała się znajdować ścieżka edukacyjna o dinozaurach a okazała się ona prężnie działającą zagrodą czy też Parkiem Jurajskim jak brzmiała tablica, płatną i zamkniętą w czasie gdy tam się pojawiliśmy. Nie tego się spodziewaliśmy, pojechaliśmy dalej. Chociaż tu minąłem się z prawdą, szybko nie ruszyliśmy bo piachu było po kolana. Od dwóch kilometrów zresztą.

Tony piachu i lepkie, gorące powietrze skutecznie zniechęciły Nas do wspinania się w kierunku kaplicy Św. Rocha. Ponoć to kawałek Japonii na Roztoczu ale nie przemówiło to do Nas na tyle aby zostawić rowery i pójść przekonać się samemu. W lesie nie odczuwało się upału, było rześko i przyjemnie. Świerkowe i bukowe knieje dawały przyjazny cień a dobrej jakości szutrowa droga pozwalała cieszyć się jazdą.

Gorąco - na szlaku rowerowym na Roztoczu

Gorąco

Gdy wyjechaliśmy z lasu i trafiliśmy nad zalew w Krasnobrodzie daliśmy trochę relaksu zmęczonym nogom i z radością zalegliśmy na plaży. Ten błogi stan postanowiła przerwać aura, która postanowiła dać znać o sobie i w krótkim czasie zebrało się całe mnóstwo chmur, które zwiastowały rychłe nadejście burzy. Zawitaliśmy jeszcze na wieży widokowej, która góruje nad Krasnobrodem i zapewnia niesamowite widoki. Zdecydowanie polecamy pokonać kilkadziesiąt schodów w ścianie dawnego kamieniołomu i wspiąć się później na wieżę, naprawdę warto.

Widok z wieży widokowej na szczycie nieczynnego kamieniołomu w Krasnobrodzie

Widok z wieży widokowej na szczycie nieczynnego kamieniołomu w Krasnobrodzie

Dzień zakończyliśmy leniwą przejażdżką w okolicy Bagna. Na mapie rzucił się Nam w oczy wąwóz nad Topólczą, który prowadził do cmentarza na wzniesieniu nad wioską. Krótka trasa, dobra droga, piękna pogoda. Podjazd wąwozem okazał się próbą charakteru, wjechać było naprawdę ciężko. Krótka ale wymagająca droga poprowadzona w pięknym lessowym wąwozie skończyła się przy bramie cmentarza. Doprawdy trudno wyobrazić sobie piękniejsze miejsce na ostatnie pożegnanie i pochówek niż te. Widoki ze szczytu były przepiękne i cisza wokół tylko potęgowała te wrażenie.

Widok ze wzgórza górującego nad Topólczą

Widok ze wzgórza górującego nad Topólczą

Burzowa Puszcza Solska

Cztery dni jeżdżenia po bliższych i dalszych okolicach Zwierzyńca spowodowały, że tereny te przestały być dla Nas tajemnicą i był to dobry moment na to aby spróbować czegoś innego. Podziękowaliśmy więc za gościnę w agroturystyce w Bagnie i po śniadaniu wyjechaliśmy samochodem do Suśca, który miał być Naszą bazą wypadową na kilka następnych dni. Niecałą godzinę później mogliśmy cieszyć się znalezionym noclegiem, jechaliśmy w ciemno i po raz kolejny był to dobry wybór, trafiliśmy idealnie.
Nowe miejsce dawało ogrom możliwości wyboru tras ale dzisiaj jokera w talii miała pogoda i postanowiła go wykorzystać o czym przekonaliśmy się na własnej skórze.

Ogromna Puszcza Solska, która znajduje się na południe od pasma Roztocza jest drugim co do wielkości kompleksem leśnym w Polsce i ustępuje tylko Borom Dolnośląskim. W okolicach Suśca wyodrębniono Park Krajobrazowy Puszczy Solskiej i właśnie tam udaliśmy się aby pojeździć w cieniu potężnych sosen i napawać się zapachem żywicznego powietrza. Wielkie połacie lasów stanowiły dodatkowo znakomitą ochronę przed wiatrem, który od rana przybierał na sile i w południe wiał już z prędkością mało przyjazną dla rowerzystów. Dziesięć kilometrów drogi jakie dzieli Susiec z Borowymi Młynami przejechaliśmy wolniej niż planowaliśmy. Pięknie poprowadzona trasa okazała się bardzo wyboista. Częściowo miała dobrej jakości szutrową nawierzchnię ale były też wredne odcinki z resztkami asfaltu, po których nie dało jechać się szybciej niż kilka kilometrów na godzinę.

W czeluściach Puszczy Solskiej

W czeluściach Puszczy Solskiej

Gdy dojechaliśmy do przysiółka Borowe Młyny, leżącej w samym sercu Puszczy Solskiej dotarły do Nas pierwsze pomruki nadchodzącej burzy. Po kilkunastu minutach lunęła na Nas ściana deszczu. Deszcz jak szybko przyszedł tak szybko odszedł w zapomnienie i zrobiło się parno jak w tropikach. Po chwili znów zaczęło grzmieć i dobre pół godziny spędziliśmy pod wiatą przeczekując ulewę. Siedząc pod dachem zastanawialiśmy się co począć. Wyczekaliśmy moment gdy deszcz zamienił się w delikatną mżawkę i postanowiliśmy ruszyć jak najszybciej do Suśca. Wiatr w plecy był Naszym sprzymierzeńcem ale pchał w tym samym kierunku również ciężkie, ołowiane cumulusy. Trzy kilometry dalej przegraliśmy walkę. Z nieba spadła prawdziwa nawałnica, widoczność spadła do kilku metrów, a krople deszczu były wielkości orzechów. Zabrakło Nam sto metrów do najbliższego schronienia i wpadliśmy pod ścianę wody. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że przekonaliśmy się o wodoodporności toreb Ortlieba oraz Croozera, w którym Michaś był przestraszony ale suchutki. Chowając się pod przystankiem mogliśmy tylko obserwować furię przyrody jaka rozpętała się wokół. Bezpieczni ale przemoknięci spędziliśmy tam kolejne pół godziny. Przygoda nabierała rumieńców.
Milion litrów wody później zaczęło się przejaśniać na horyzoncie. Kilkaset metrów od Nas znajdowało się Muzeum Pożarnictwa, które postanowiliśmy odwiedzić i trochę się tam ogrzać. Rowery stanęły pod dachem a My mogliśmy do woli oglądać ekspozycje i czuć się jak w domu. Byliśmy jedynymi odwiedzającymi co przy tej pogodzie dziwić nie powinno. Michaś był wniebowzięty, biegał, szalał, bawił się w strażaka i gasił wyimaginowane pożary.

Samo muzeum powstało dzięki inicjatywie miejscowego strażaka, pana Jana Łasochy. Przez ponad pięćdziesiąt lat był naczelnikiem miejscowej OSP i przez ten czas zbierał wszystko co związane z pożarnictwem. Po wielu latach do jego zainteresowań zaczęły przyłączać się inne osoby i dzięki ich wsparciu powstało te wyjątkowe miejsce. Wyjątkowe dlatego, że powstało w wyniku pasji jednego człowieka, który zaraził nią innych. Miejsce te powinno być wzorem do tego, jak powinny wyglądać takie muzea. Będąc w okolicy naprawdę warto tu zajrzeć, zarówno dzieci jak i dorośli będą zachwyceni.

Susiec i jego okolice przywitały Nas z hukiem. Dosłownie i w przenośni.

Muzeum Pożarnictwa w Oseredku

Muzeum Pożarnictwa w Oseredku

Muzeum Pożarnictwa w Oseredku

Muzeum Pożarnictwa w Oseredku

U Rubina

Rozległy masyw Kamienicy, który góruje nad okolicami Suśca od jego południowej strony, stanowił kiedyś naturalną i formalną granicę. Polacy, którzy zamieszkiwali ten region od wieków stali się gośćmi na swoich włościach. Czasy zaborów jakie pochłonęły Nasz kraj w niebyt sprawiły, że Tanew płynąca u stóp tego wniesienia, stała się granicą pomiędzy zaborem rosyjskim i austriackim. Aby pamiętać o tych strasznych czasach postawiono w tym miejscu repliki posterunków granicznych, które jednak są mijane przez większość turystów bez żadnej refleksji, właściwie bez echa. Szkoda bo jak powszechnie wiadomo naród, który nie zna swej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie.

Widok z Kamienicy na rozległą Puszczę Solską

Widok z Kamienicy na rozległą Puszczę Solską

Stu dwudziestu sześciu mieszkańców Huty Różanieckiej zostało zamordowanych przez niemieckich faszystów podczas pacyfikacji wsi w czerwcu 1943 roku. O tej strasznej historii przypominają ruiny cerkwi unickiej pw. św. Mikołaja, która została spalona podczas eksterminacji mieszkańców. Gdy zrobiłem kilka zdjęć i sposobiliśmy się do ruszenia w dalszą drogę usłyszałem zza pleców głos starszego mężczyzny. - To nie ludzie, to mordercy. Mordercy. - minę miał zaciętą. Nie dodał nic więcej i poszedł dalej. Nie zatrzymałem go, nie porozmawiałem. Jego słowa szumiały mi w głowie, ich wydźwięk był zbyt wymowny. Ludzie nie zapominają.

Ruiny cerkwi w Hucie Różanieckiej

Ruiny cerkwi w Hucie Różanieckiej

Droga z Rudy Różanieckiej do Narola miała być ucieleśnieniem marzeń rowerzysty o idealnej drodze i takową była. Ponad dziesięć kilometrów idealnego asfaltu, wąskiej trasy prowadzącej przez podkarpacką część Roztocza, wiodło przez las. Zamknięta dla ruchu samochodowego jawi się jak sen na jawie. Powietrze, które stanowiło mieszankę zapachu lasu i rześkości burzy, cisza grająca w uszach najpiękniejszą melodię i My, rodzina. Mieliśmy to wszystko dla siebie, byliśmy tam sami. Bez zasięgu, bez cywilizacji ale razem. Tego nie da się kupić za żadne pieniądze.

Przepiękna droga pomiędzy Rudą Różaniecką a Narolem

Przepiękna droga pomiędzy Rudą Różaniecką a Narolem

Wizytę w Narolu mieliśmy zaplanowaną już przed wyjazdem na Roztocze. Kilka osób polecało Nam Bar U Rubina i jedzenie jakie się tam serwuje. Nie chcąc się rozpisywać i rozpływać w zachwytach napiszę tylko, że to miejsce powinno być wizytówką całego Roztocza. Przykładowo niby zwykłe ruskie pierogi ale swojski ser, ręcznie robiona śmietana i cala reszta spowodowały, że kubki smakowe oszalały. Jedzenie, jedzeniem ale sam właściciel jest osobą, dla której można tu przyjeżdżać. Przegadaliśmy z nim dobrą godzinę, po minucie rozmawiając jak ze starym znajomym. Klimat tego lokalu jest tym czego się szuka jeżdżąc po świecie, tego się nie podrobi, nie wyuczy. Wyjechaliśmy ciężsi o ponad dwa kilo wędlin, które jeszcze pachniały wędzeniem. Rubin wie co dobre i wie jak sprawić aby było dobre. W międzyczasie przeszło nad Narolem prawdziwe oberwanie chmury, mały huragan, który spowodował wiele szkód na drogach i w okolicy. Byliśmy w odpowiednim miejscu i czasie.

Rynek w Narolu

Rynek w Narolu

Wyjeżdżając z Narola ukazały się Nam złowrogo wyglądające chmury. Chcąc uciec przed nieuniknionym mocniej nadepnęliśmy na pedały. Mijając piękny drewniany budynek, starą szkołę w Maziłach, zatrzymał Nas starszy Pan. - Gdzie jedziecie w taką pogodę? Musicie się zatrzymać i schować pod dachem, to nie prośba to nakaz. Będzie burza, będzie lało. Widzicie co było przed chwilą, teraz będzie podobnie. Mam lata doświadczeń, ponad siedemdziesiąt wiosen na karku. Nie sposób z takimi argumentami polemizować, więc schowaliśmy się pod dachem wiejskiej świetlicy. Jeszcze przez chwilę, zanim nie zaczęło lać, rozmawialiśmy z Naszym aniołem stróżem, który opowiadał Nam o pięknych domach stojących nieopodal.

Tradycyjny, drewniany dom w Maziłach

Tradycyjny, drewniany dom w Maziłach

Z Maził do Suśca prowadzi niebieski szlak, wygodny i dobrze utrzymany ale po ulewach nieprzejezdny. Pozostała więc Nam droga dookoła, przez Łosiniec. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i zobaczyliśmy przy okazji dawną, drewnianą cerkiew z XVIIIw., obecnie przemianowaną na kościół katolicki. Do Suśca wróciliśmy wygodną DDR, łączącą go z Tomaszowem Lubelskim. Wieczorem było jeszcze ognisko i piękna pogoda. Czar Roztocza pochłaniał Nas coraz bardziej.

Po deszczu zawsze przychodzi kamieniołom

Padało od śniadania do drugiego śniadania, od drugiego śniadania do obiadu, od obiadu do podwieczorku. W przerwach, gdy nie padało, lało. Do godziny siedemnastej marzenie każdego urlopowicza stało się faktem. Po siedemnastej przestało i ruszyliśmy na krótki objazd północnego skraju gminy Susiec.

Hollywood na Roztoczu

Hollywood na Roztoczu

Sztuczny zbiornik, jaki utworzono na rzece Sopot w Majdanie Sopockim, ma nieco ponad 16 ha i jest bardzo ładnie wkomponowany w otaczający go krajobraz. Niesamowite wrażenie zrobiło na Nas to jak zadbane jest jego otoczenie, czyściuteńka plaża, trawa wokół skoszona, nowy pomost i świetna droga rowerowa wzdłuż brzegów. Zapewne podczas upalnych dni jest tu mnóstwo osób i odbiór tego miejsca byłby zgoła inny ale będąc tam późnym popołudniem, po deszczowym dniu, Nam się podobało. Każdy może znaleźć nad zalewem coś dla siebie. Kajaki, rowery wodne, łódki, plaża, boiska do siatkówki, pomost. Dla wędkarzy ustronne miejsca, dla spacerowiczów ścieżki w sosnowym lesie. Zapraszamy bo warto.

Zalew w Majdanie Sopockim

Zalew w Majdanie Sopockim

Czerwony szlak rowerowy z Majdanu Sopockiego do Nowin jest niezwykle urokliwy, prowadzi tuż obok meandrującego Sopotu i pośród malowniczego lasu ale ścieżka jest w wielu miejscach zarośnięta, wąska i musieliśmy się mocno natrudzić aby przejechać nią rowerami, o przyczepce nawet nie wspominając. Asfalt w Nowinach przyjęliśmy z ulgą. Dzień zbliżał się ku końcowi i po przejechaniu kolejnych czterech kilometrów trafiliśmy do kamieniołomu, który z miejsca zrobił na Nas duże wrażenie. Ukryty w sosnowym lesie, na zboczu Krzyżowej Góry, jest aktualnie nieczynny i udostępniony dla turystów. Dawniej wydobywano w nim wapień mioceński, obecnie może stanowić świetną lekcją poglądową na temat geologii Roztocza. Dla niezainteresowanych budową skał utworzono wieżę widokową na szczycie wyrobiska, z której rozpościera się rozległa i przepiękna panorama Puszczy Solskiej. Trafiliśmy tam podczas zachodu słońca i ten spektakl tylko potęgował atmosferę miejsca.

Widok z wieży widokowej na nieczynny kamieniołom w Nowinach i rozległą Puszczę Solską

Widok z wieży widokowej na nieczynny kamieniołom w Nowinach i rozległą Puszczę Solską

Rezerwaty

Tuż obok Suśca można trafić na dwa przepiękne rezerwaty. Nauczeni doświadczeniem odwiedziliśmy je tym razem bez rowerów i przyczepki.

Rezerwat Czartowe Pole obejmuje nieco ponad 60ha terenu obejmującego dolinę rzeki Sopot. Na jego najcenniejszym przyrodniczo terenie utworzono rezerwat ścisły i poprowadzono przezeń ścieżkę dydaktyczną o długości około 1,4km. Szereg tablic informacyjnych ustawionych wzdłuż tej trasy pozwolił nam na zapoznanie się z wieloma istotnymi i ciekawymi faktami z życia okolicznej przyrody. Drewniane schody, pomosty czy poręcze znacznie ułatwiły poruszanie się po ścieżce i dodały temu miejscu uroku. Płynący wartkim strumieniem Sopot rozbijał się na licznych kaskadach tworząc atmosferę jak z leśnej bajki. Dodatkowym smaczkiem naszego spaceru była lekka mgiełka, która unosiła się wokół i była zapewne wynikiem wcześniejszych opadów. Miejsce jest godne polecenia, można poczuć się jak w innej bajce. Natura w czystej postaci, szczególnie w takie dni jak dzisiejszy, gdy byliśmy tam praktycznie sami.

Rezerwat Czartowe Pole

Rezerwat Czartowe Pole

Są takie miejsca, których jak ognia powinno się unikać w dni wolne od pracy. Jednym z nich są bez wątpienia Szumy na Tanwi, rezerwat, który jest uważany za jedną z największych atrakcji Roztocza. Z pełną premedytacją pojechaliśmy tam jednak od razu po wizycie nad Czartowym Polem aby przekonać się co tracą lub zyskują Ci, którzy przyjeżdżają tylko tutaj, w dodatku w weekend. Z naszej kwatery w Suścu mieliśmy tu raptem niecałe trzy kilometry więc mieliśmy możliwość przyjazdu tu w spokojniejszy dzień niż dzisiejszy i chcieliśmy to później wykorzystać. To co ujrzeliśmy na miejscu potwierdziło Nasze przypuszczenia. Gdyby środkiem zakopiańskich Krupówek zaczęłaby płynąć Tanew, mielibyśmy obraz tego jak było. Od mostku do mostku i ewakuacja, tak wyglądał nasz króciutki pobyt. A Czartowe Pole kawałek stąd stoi i czeka. I może niech tak zostanie.

Rezerwat Szumy Nad Tanwią

Rezerwat Szumy Nad Tanwią

Po odwiedzinach obu rezerwatów wybrałem się samemu rowerem aby odwiedzić miejsce o którym dowiedziałem się stosunkowo niedawno, czyli o nazistowskim obozie zagłady w Bełżcu. Miejsca takie jak te przerażają mnie samym swym istnieniem, ciężko wyobrazić sobie powody dla jakich można dopuszczać się zbrodni takich jak ta.
To co działo się w tym obozie przechodzi moje wyobrażenia. Sześćset tysięcy zamordowanych ludzi. Niemcy, którzy dla cięcia kosztów wymyślili połączenie w Bełżcu stałej komory gazowej z silnikiem spalinowym jako źródłem trującego gazu.

Obecnie na terenie obozu wybudowano Muzeum Pamięci, filię Państwowego Muzeum na Majdanku. Przyjechałem tu samemu, bez dziecka, gdyż uważam że powinien odwiedzać takie miejsca dopiero jak będzie w pełni świadomy tego co tu się działo. Dla szacunku ludzi tu pomordowanych. Do środka nie wszedłem, spóźniłem się dwadzieścia minut i stałem za zamknięta bramą dłuższą chwilę. Straszne miejsce, straszna historia. Po co to wszystko?

Obóz zagłady w Bełżcu.

Obóz zagłady w Bełżcu.

Linia Mołotowa i Wielki Dział

Kolejną wycieczkę rozpoczynaliśmy z Narola. Chcieliśmy pojeździć nieco po bezdrożach i wjechać na Roztocze Rawskie. W Woli Wielkiej zrobiliśmy pierwszy przystanek. Grekokatolicka cerkiew Opieki Bogurodzicy, która tam stoi od bez mała dwustu pięćdziesięciu lat, przyciąga do siebie sosnowym zapachem i swoistą magią. Od ponad dwudziestu lat jest nieużywana i niszczeje, smutnie wyglądając w przyszłość czekając na nieuniknione. Brak pieniędzy na remont czy chociażby podstawowe zabiegi konserwatorskie skazuje ją na ruinę i również z tego względu brak jest możliwości zwiedzania jej wnętrza. Wielka szkoda.

Cerkiew Opieki Bogurodzicy w Woli Wielkiej

Cerkiew Opieki Bogurodzicy w Woli Wielkiej

Jednym z najbardziej malowniczych i ulubionych miejsc fotografów na Roztoczu są Dahany. Wschody słońca w tym miejsc urzekają swym pięknem i przyciągają do siebie jak magnes wszystkich miłośników krajobrazu. Rozłożyliśmy koc na skraju łąki w miejscu gdzie stały kiedyś zabudowania i tętniło życie Dahanów Pierwszych. Odszedłem kilkaset metrów dalej i rozglądałem się wokół szukając śladów przeszłości. Zdziczałe drzewa owocowe, bruśnieński krzyż, falujące łąki i cisza. Piękno zamknięte w ciszy. Oczy szeroko zamknięte, wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Człowiek przegrał z człowiekiem, wygrała natura.

Dahany spowite są historią o wypędzonych stąd Ukraińcach, naznaczone ludzkimi dramatami. Warto o tym pamiętać będąc tu w odwiedzinach.

Traktat o granicach i przyjaźni, czyli pakt Ribbentrop - Mołotow, który został podpisany po napaści na Polskę w 1939 r. zostawił po sobie porażający swoim ogromem system radzieckich umocnień wzdłuż całej granicy pomiędzy III Rzeszą a ZSSR. Powstało w sumie trzynaście rejonów umocnień, wśród nich Rawsko - Ruski Rejon Umocniony. W sumie na tym terenie jest ukrytych ponad sto dwadzieścia bunkrów i rożnego rodzaju obiektów wojskowych. Spora część z bunkrów kryje się za roślinnymi zasiekami, dobrze kamuflującymi je od rzeczywistości. Niektóre z nich można minąć niezauważone praktycznie się o nie ocierając.

Na zboczach Wielkiego Działu, drugiego pod względem wysokości wzniesienia na polskim Roztoczu (390,5 m n.p.m.), umieszczono Punkt Oporu Wielki Dział. Czternaście bunkrów i dwa obiekty techniczne składały się na ten system umocnień. Nie wiedząc co Nas czeka wybraliśmy niebieski szlak Po bunkrach Linii Mołotowa i podążając jego śladem chcieliśmy zdobyć ten szczyt, zwiedzając przy okazji kilka żelbetowych budynków. O ile przez pierwsze kilkaset metrów jazda nie nastręczała większych trudności i można było podziwiać otaczający Nas piękny bukowy las to dalsza część trasy okazała się niebywale wymagająca. Swoje zrobiło natura miejscami zmuszając Nas do pchania rowerów pomiędzy drzewami i krzakami, które skutecznie zarastały szlak. W pewnym momencie moja nieuwaga doprowadziła do tego, że wjechałem na wystający korzeń i wywróciłem się razem z przyczepką, która wylądowała na boku. Na szczęście skończyło się na tylko strachu. Powoli i systematycznie pnąc się metr po metrze do góry w końcu znaleźliśmy się na szczycie Wielkiego Działu. Ciągnąc za sobą ponad trzydzieści kilogramów bagażu dostałem mocno w kość ale było warto. Rodzicom z dziećmi polecamy więc spacer, rowery niech zostaną i odpoczną u podnóża.

Zjazd w kierunku Starej Huty miał być lekki, łatwy i przyjemny więc zgodnie z prawem Murphy'ego było zgoła odwrotnie. C'est la vie. Pod bunkrem Wielki Dział zepsuł się hamulec w Croozerze. Zablokowane lewe koło nie dało żadnych szans na dalszą jazdę i dłuższą chwilę spędziłem na rozebraniu całości i zdemontowaniu całego układu. Po ponad tysiącu kilometrów przejechanych z przyczepką to jej pierwsza awaria.

Bunkier Wielki Dział

Bunkier Wielki Dział

W Starej Hucie zmieniliśmy planowaną trasę wycieczki wróciliśmy do Narola najkrótszą drogą. Mieliśmy jechać przez Łówczę aby zobaczyć tamtejszą cerkiew ale trudy wspinaczki na Wielki Dział i ilość czasu jaki poświęciliśmy aby tam się znaleźć dały się Nam zbyt mocno we znaki. To była chyba najbardziej wymagająca wycieczka jaką przejechałem z przyczepką. Było naprawdę ciężko. Ukształtowanie terenu, silny wiatr, kiepska nawierzchnia, wszystko się na to złożyło. Z drugiej strony był to niezwykle ciekawy wyjazd, Roztocze Południowe wprost urzeka ciszą i klimatem. Nasze serca powoli zostają w tym regionie Polski...

Jeden z wielu bruśnieńskich krzyży, jakie można spotkać na Roztoczu

Jeden z wielu bruśnieńskich krzyży, jakie można spotkać na Roztoczu

Rowerowa stolica Roztocza

Gmina Józefów chwali się i obwieszcza wszem i wobec, że jest rowerową stolicą Roztocza. Postanowiliśmy sprawdzić co mają do zaoferowania i odbić ślady Naszych opon na ich ziemi. Dojazd z Suśca do Józefowa najkrótszą trasą prowadzi po śladzie Green Velo. Do Hamerni drogą dobrej jakości i z małym ruchem samochodowym. Natomiast od niej do Józefowa można cieszyć się jazdą po wydzielonej, asfaltowej i znakomitej drodze dla rowerów. Czas mija szybko.

Green Velo pomiędzy Hamernią a Józefowem

Green Velo pomiędzy Hamernią a Józefowem

Po wizycie w kamieniołomie w Nowinach odwiedziliśmy wyrobisko w Józefowie. Podobnie jak poprzednik ten również jest nieczynny choć ma dwa oblicza. Jedno oficjalne i potwierdzający jego zamknięcie, drugie z ludzką twarzą, które pozwala zobaczyć tu pracujących ludzi wydobywających tu biały piaskowiec na własny rachunek. Kamień w Józefowie pozyskiwano od stuleci i tradycje z tym związane są w mieście mocno widoczne. Obecnie kamieniołom przemianowano na atrakcję turystyczną, postawiono wieżę widokową i postanowiliśmy z tego skwapliwie skorzystać.
Tak duża dziura w ziemi i taka ilość kamieni dla dwulatka stanowi wystarczający pretekst do tego aby poziom jego zadowolenia wskoczył na dawno nie widziany poziom. Pobawiliśmy się kamieniami, układaliśmy wieże i wygłupom nie było końca. Świetne miejsce do rodzinnej zabawy.

Nieczynny kamieniołom w Józefowie

Nieczynny kamieniołom w Józefowie

Niewątpliwą atrakcją Józefowa jest nowo powstały zalew, który po zalaniu wodą wyrobiska po kopalni piasku stał się jedną z wizytówek miasta. Korzystając z okazji zrobiliśmy tutaj długą przerwę, zalegając na kocu, budując zamek z piasku i dopingując miejscowych wędkarzy. Dla każdego coś miłego. Miejsce ma potencjał ale jest niewykorzystane. Jeden lokal gastronomiczny w dodatku nieczynny, brak toalet i brak stolików z choćby małym zadaszeniem psuje trochę odbiór tego miejsca. Było czysto i zadbanie ale tu potrzeba czegoś więcej.

Nad zalewem w Józefowie

Nad zalewem w Józefowie

Jesteśmy miłośnikami miodu. Uwielbiamy tą naturalną słodycz, uwielbiamy jego smak i zawsze staramy się przywieźć z podróży choćby jeden słoik tego specjału. Największą nagrodą jest dla Nas to, kiedy odkryjemy miód rzadko dostępny w innych regionach bądź występujący tylko tu gdzie obecnie przebywamy. Na Roztoczu takim miodem jest miód fasolowy ale jako, że przegapiliśmy jego zakup w okolicach Szczebrzeszyna, zdecydowaliśmy się na odwiedziny pszczelarza w okolicach Józefowa. To był strzał w dziesiątkę. O ile sam miód dostaliśmy tylko wielokwiatowy, o tyle wizyta u tego Pana była bardzo owocna w wiedzę i poczucie humoru. Mieliśmy okazje przekonać się jak wygląda pszczela królowa i całą technologię związaną z pszczelarstwem. Prawdziwy pasjonat i człowiek z olbrzymim poczuciem humoru.

W poszukiwaniu pszczelej królowej

W poszukiwaniu pszczelej królowej

Późnym popołudniem, właściwie wczesnym wieczorem pojechaliśmy jeszcze nad Szumy Nad Tanwią. Chcieliśmy zobaczyć te miejsce w innym anturażu niż poprzednio. Opłacało się, bo byliśmy tam praktycznie sami, nie licząc dwójki emerytów, który wpadli na podobny pomysł do Naszego. Teraz zrozumieliśmy dlaczego pisze się o tym rezerwacie tak dobrze i dlaczego uważany jest za tak piękne miejsce. Za jeden z siedmiu nowych cudów Polski.

Zimna herbata

Jedna z wielu map, jakie zabraliśmy ze sobą jadąc na wschodnie rubieże Naszego kraju, wydawała się wyjątkowa. Wielokrotnie rozłożona i na powrót składana, zużyta choć nieużywana. Schemat, struktura, plan czy też oblicze gminy Horyniec - Zdrój przeniesione na papier niosło ze sobą dziwny ładunek emocji. Tereny nadgraniczne zawsze wydają się bramą do innego świata, czegoś zakazanego i pożądanego. Brutalnie przedzielone granicą, Roztocze Południowe stało przed Nami i pochłonęło Nas zanim je odwiedziliśmy.

Dzień rozpoczęliśmy w Werchracie dokąd dojechaliśmy autem i stąd wyjechaliśmy rowerami w nieznane. Pierwszy postój nastąpił wyjątkowo szybko. Zatrzymaliśmy się kilometr za wsią, na szczycie wzniesienia górującego nad wioską od południa, chcąc zrobić zdjęcie. Zielona panda pojawiła się nie wiadomo skąd i pierwsza kontrola Straży Granicznej stała się faktem. Rutynowe pytania i czynności pogranicznika szybko zniknęły i prawdziwy powód rozmowy okazał się zgoła inny. Miły pogranicznik chciał dowiedzieć się czy warto kupić Croozera i jak się sprawdza dla dziecka. Sam ma syna w podobnym wieku co Michał i zastanawia się nad kupnem przyczepki.

Do Moczar przywiodła nas ciekawość. Powiadają, że to pierwsza droga do piekła ale z doświadczenia wiemy, że często można spotkać tam duszę, która z chęcią podzieli się z nami historią, której nigdzie indziej usłyszeć nie sposób. Starszy Pan, który w porę ostrzegł Nas o tym, że terra incognita powinna zostać takową, przynajmniej za jabłonią, po kilku minutach rozmowy zacząć snuć swoją opowieść.

- Nie jedźcie dalej bo zaraz po Was przyjadą, szybciej niż Wam się wydaje. Widzi Pan tę jabłonkę? Oni też Pana widzą. Tam jest kamera, na ciepło reaguje. Pogadajmy chwilę. - mijając ostatnie zabudowanie w wiosce gdzie kończy się asfalt i zaczyna się najpilniej strzeżona granica w Europie zostaliśmy wręcz zatrzymani głosem mieszkańca - Już nie pamiętam aby ktokolwiek obcy tu się pojawił. Na rowerach tym bardziej, o przyczepce nie wspominając.

- Za lasem, kilometr stąd może nawet nie, mam znajomych. Do Kowali czy Dziewięcierza chodziłem jak do swoich, bo przecież to swoi. Dla Was inni, dla nas swoi. Teraz przez Hrebenne, stój Pan w kolejce jak dziad jakiś. Granica. Większej głupoty ludzie nie wymyślili. Kamer nastawiali, na motorach jeżdżą a kto ma im uciec to i tak przejdzie. Panie, nie takie numery tu odchodzą... Czy ciężko Nam się tu żyje? Zależy, z której strony się spojrzy. My patrzymy od tej dobrej to i dobrze się żyje.

Żółta tablica na szarym słupku, stojąca niedaleko, właściwie na wyciągnięcie ręki, oznajmiała o zakazie przekraczania granicy. Tam, za lasem czekała na Naszego rozmówcę zimna już herbata, którą sporo lat temu zaparzył jego kolega czekając na odwiedziny. Ale wtedy pojawiły się kamery i herbata wystygła.

Nasz rozmówca z Moczar

Nasz rozmówca z Moczar

O cerkwi w Radrużu można mówić i pisać wiele. Najstarsza w Polsce, drewniana i zbudowana bez użycia choćby jednego gwoździa jest prawdziwym arcydziełem architektury sakralnej. Nie niepokojeni przez innych turystów, jako że byliśmy tam sami, mogliśmy w spokoju podziwiać zabytek klasy zerowej, wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Po kilkunastu minutach oddaliśmy się w ręce Pani przewodnik dzięki której wiele historii związanych z tym miejscem oraz całym Roztoczem stało się dla nas faktem. Prawdziwa skarbnica wiedzy i przemiła osoba, której niestety nie pamiętam imienia. Byliśmy w tym czasie jedynymi odwiedzającymi więc po raz kolejny udało się nam dowiedzieć i zobaczyć dużo więcej niż się tego spodziewaliśmy. Odbiór takich miejsc w gronie hordy turystów byłby pewnie zgoła inny.

Cerkiew w Radrużu, wpisana na listę UNESCO

Cerkiew w Radrużu, wpisana na listę UNESCO

Przerwę obiadową zrobiliśmy w Horyńcu -Zdrój i po zaspokojeniu głodu udaliśmy się do Parku Zdrojowego. Spodobał się on nam od pierwszej chwili. Czyściutki, estetyczny z drewnianymi alejkami, mnóstwem nasadzonych kwiatów i krzewów zachęcał to relaksu i odwiedzin. Dobrą godzinę spędziliśmy z Michasiem na ładnie wkomponowanym w całość placu zabaw, gdzie mógł wyszaleć się z rówieśnikami. Po zabawie przyszedł czas na dobrą kawę i deser i tu w sukurs przyszła nam Cafe Sanacja, znajdująca się tuż obok. Odrestaurowana i nawiązująca swym klimatem do przedwojennych lat i lwowskich kawiarni okazała się prawdziwą roztoczańską perełką. Można dostać tu takie cuda jak zielona kawa a serwowane desery są wprost obłędne. Możliwość degustacji zdrojowej wody, wprost ze znajdujących się poniżej odwiertów jest dodatkowym atutem, choć dla nas wątpliwym. Zapach siarki wprost z kubka nie jest tym o czym marzymy.

Cafe Sanacja w Parku Zdrojowym w Horyńcu - Zdroju

Cafe Sanacja w Parku Zdrojowym w Horyńcu - Zdroju

Do Werchraty wróciliśmy polecaną Nam wcześniej przez pogranicznika drogą przez Górę Brusno i otaczające ją lasy, po drodze wstępując jeszcze do Nowin Horynieckich, pięknie położonych i oferującej rozległe widoki na ukraińskie Roztocze. Podjazd pod górę Brusno był testem dla mojego samozaparcia, kilkunastoprocentowe nachylenie z załadowaną przyczepką dało się we znaki. Wyjazd zakończyliśmy tam gdzie rozpoczęliśmy. Samochód wiernie na nas czekał pod kościołem w Werchracie a dzień zakończyliśmy na ławce pod miejscowym sklepem, racząc się oranżadą. Jak to często bywa w takich przypadkach rozmowa nawiązuje się sama i po chwili byliśmy w centrum wydarzeń w Werchracie. Klimat nie do podrobienia. Okolice Horyńca-Zdrój Nas urzekły. Ludzie, miejsca, atmosfera. Lasy, wzniesienia i pagórki. Jest wszystko.

Zachód słońca nad Werchratą

Zachód słońca nad Werchratą

Szorując po dnie

Spacer malowniczym rezerwatem Szumy nad Tanwią to nie jedyna możliwość spędzania wolnego czasu w ich sąsiedztwie. Liczne firmy oferują tu spływy kajakowe reklamując je jako wspaniałą formę relaksu rozrywkę i możliwość obcowania z nieskazitelną przyrodą. Daliśmy się nabrać i dwadzieścia metrów od miejsca startu, za pierwszym meandrem, Tanew pokazała nam, że współpraca pomiędzy nią a kajakiem może być rozpatrywana tylko i wyłącznie jako forma nabicia kieszeni właścicielom wypożyczającym swój sprzęt pływający. Poziom wody nie pozwalał na swobodne płynięcie, nie pozwalał na płynięcie w ogóle. Było to odpychanie się od dna, brzegów, przeciąganie po powalonych konarach. Kilkumetrowe odcinki, które pozwalały aby kajak mógł posłużyć do tego do czego został stworzony, były rzadkością. Te kilka kilometrów spływu (sic!) było fatalnym wyborem. Ostatni odcinek, około kilkuset metrów przed końcem, musiałem ciągnąć kajak po kamienistym dnie, samemu brodząc w wodzie, która miała temperaturę w granicach dziesięciu stopni. Prawdziwa, roztoczańska przyjemność. Dziękuję.

Nieudany spływ kajakowy Tanwią

Nieudany spływ kajakowy Tanwią

Nieudana przygoda z kajakami szybko odeszła w niepamięć, gdy tylko zapakowaliśmy rowery na samochód i udaliśmy się po obiedzie do Werchraty. Wczorajsza wycieczka po terenach leżących na południe od tej wsi rozbudziła nasze apetyty co do tego rejonu więc pełni zapału ruszyliśmy tym razem w drugą stronę.
Muzeum skamieniałych drzew w Siedliskach jest wizytówką i ponoć niezwykłą atrakcją turystyczną tej miejscowości. Niestety nie było nam dane się o tym przekonać, ponieważ w trakcie naszej wizyty było zamknięte, pomimo że godziny otwarcia wskazywały na coś zupełnie innego. Przeczytaliśmy więc tablice informacyjne stojące tuż obok budynku, który odnowili i wyremontowali sami mieszkańcy i odjechaliśmy niepyszni.

Przejście graniczne w Hrebennem to dla wielu drzwi do wielkiego świata, dla niektórych okno przez które można jedynie spojrzeć. Aby je otworzyć potrzeba czasami anielskiej wręcz cierpliwości bądź odpowiednich znajomych. Czasy się zmieniają, kolejki jak były tak są i będą. Dłuższe, krótsze ale żyjące swoim życiem. Obserwując przez chwile stojące w ogonku TIR-y zastanawialiśmy się dlaczego to tyle trwa. Odpowiedzi nie znamy do teraz. Hrebenne odwiedziliśmy nie tyle z powodu przejścia granicznego co dla cerkwi św. Mikołaja. Widziana dotychczas tylko na zdjęciu spodobała mi się na tyle, że chciałem zobaczyć ją na żywo. Jak to często w takich przypadkach bywa, na miejscu pocałowaliśmy klamkę. Zamknięte. Cerkiew postawiona została na wzniesieniu górującym nad okolicą a krótki i stromy podjazd tuż przed nią może być sprawdzianem dla niejednego rowerzysty.

Cerkiew w Hrebennem

Cerkiew w Hrebennem

Kierując się z Hrebennego w stronę Mostów Małych nasza droga wiodła przez las. Częściowo po fatalnej jakości asfaltem, częściowo po jeszcze gorszej jakości szutrowej. O ile do niewygód zdążyliśmy się już przyzwyczaić i takie trakty nie robią na nas już większego wrażenia to spotykane na swej drodze żmije a i owszem. Na tym krótkim odcinku spotkaliśmy ich na drodze kilkanaście, część już martwych, pewnie rozjechanych przez samochody ale kilka z nich było jak najbardziej żywych i gdy widzi się przed sobą grubego, jadowitego i zygzakowatego gada to wyobraźnia zaczyna działać na zwiększonych obrotach. W rzeczywistości trzeba mieć wyjątkowego pecha aby zostać ukąszonym bo żmije zdecydowanie wolą unikać konfrontacji z człowiekiem i szybko oddalają się od nas i wolą zostawić swoją broń na zdobywanie pożywienia a nie marnotrawienie go na niepotrzebne zabawy. Tak czy inaczej taka ilość węży na tak małym obszarze nie jest zjawiskiem typowym i dała nam do myślenia.

Długi Goraj, który góruje ponad całym polskim Roztoczem był celem na dzisiaj. Zgodnie z mapą, miała prowadzić do niego dobrze oznaczona i przejezdna rowerem z przyczepką droga o utwardzonej nawierzchni.

Z Potoków na Długi Goraj prowadzi zielony szlak i faktycznie jest dobrze oznaczony. Jednak droga, która została wyłożona ażurowymi płytami odbiera resztki jakiejkolwiek przyjemności jazdy rowerem. Ponad trzy kilometry tłuczenia się po tej nawierzchni po prostu odebrało nam chęć do czegokolwiek. Dopiero kilkaset ostatnich metrów przed szczytem pojawił się asfalt, który sprowadził nas później w dół, do samej Werchraty. Reasumując, jeśli komuś przyjdzie do głowy jazda od Potoków niech wybije sobie ten pomysł jak najszybciej z głowy. Nieciekawy las, droga fatalna.

Jeśli do trzech kilometrów ażurowego piekła dodamy wiszące nad nami ciężkie chmury otrzymamy kiepskie zakończenie. Wjeżdżając na najwyższy szczyt całego Roztocza mieliśmy nadzieję na jakąś satysfakcję czy też podobny efekt ale zamiast tego myśleliśmy tylko aby ten wyjazd dobiegł końca. Bywa i tak...

Po raz kolejny wizyta w sklepie w Werchracie okazała się niezastąpionym składnikiem do nawiązania samoistnej konwersacji z miejscowymi mieszkańcami. Tego brakuje nam najbardziej w Poznaniu. Otwartości ludzi, uśmiechu, naturalności i zwykłego bycia sobą. Wiele osób mówi, że to jest prawdziwe życie i z radością przyznajemy im rację.
Jarmark Galicyjski Smaki Roztocza

Ważną częścią naszych wyjazdów jest poszukiwanie regionalnych smaków i poznawanie miejscowej kuchni. Uwielbiamy próbować nowych rzeczy i jeśli tylko nadarza się taka okazja jeździmy tam gdzie możemy tego dokonać. XVIII Jarmark Galicyjski Smaki Roztocza w Narolu nie mógł przydarzyć się w lepszym terminie niż w czasie naszego urlopu. Będąc tak blisko nie mogło nas zabraknąć tego dnia na miejscowym rynku. Wszak tyle pyszności czekało na degustacje.

Dojazd rowerem z Suśca do Narola to formalność ale i czysta przyjemność zarazem. Mały ruch, świetnej jakości asfaltowa nawierzchnia, ładna pogoda i wiatr w plecy. Michał zasnął gdy tylko ruszyliśmy z miejsca, więc mogliśmy szybko i sprawnie dostać sie na miejsce.
Na Jarmark przyjechaliśmy w porze obiadowej przez co nasze kubki smakowe nieco zwariowały od feerii zapachów, które roznosiły się zewsząd. Na stoiskach koła gospodyń wiejskich prezentowały swoje wyroby, jedne lepsze od drugich. Lokalni wytwórcy zachęcali do swoich wyrobów, nie brakowało wędlin, ryb, przetworów, pieczywa, przypraw, serów i czego tylko dusza zapragnie. Na spragnionych czekały rzemieślnicze nalewki, wina, piwa i inne napitki. Słowem żyć, nie umierać.

Spróbowaliśmy wielu rzeczy ale jedna zasługuje co najmniej na medal. Ciasto "mech" Pań z Koła Gospodyń Wiejskich z Kowalówki rozłożyło nas na łopatki. Genialny smak, przepyszne. Pisząc te słowa cieknie mi ślinka na samą myśl o tym specjale. A dodać muszę, że za słodkim nie przepadam.

Jarmark Galicyjski Smaki Roztocza

Jarmark Galicyjski Smaki Roztocza

Ostatki

Przyszedł czas na ostatni, rowerowy dzień naszych wakacji na Roztoczu. Mieliśmy kilka pomysłów jak go spędzić i gdzie pojechać a to, że nie mogło zabraknąć na koniec trzech rzeczy, spowodowało samoistne stworzenie się planu.
Od rana na roztoczańskim niebie panowała piękna atmosfera. Błękit mieszał się z bielą a te dwa najpiękniejsze kolory oświetlały promienie słońca. Pełna sielanka. Dzisiejszą wycieczkę rozpoczęliśmy w Chotylubiu, gdzie zaparkowaliśmy auto pod cerkwią i po przesiadce na rowery obraliśmy kurs na Stare Brusno. Od Chotylubia do Nowego Brusna jechaliśmy każdy na swoim rowerze, całe sześć kilometrów i sto metrów. Piszę to tak dokładnie i wyraźnie bowiem godnym zauważenia jest fakt, że cały ten odcinek nasz Synek przejechał sam. Na rowerku najmniejszym z możliwych, w wieku dwóch lat. Jechałby dalej ale wzmagający się ruch zmusił nas do tego aby włożyć go do przyczepki w akompaniamencie płaczu, krzyków i tym podobnych ozdobników. Zdecydowanie miał ochotę na więcej a źli rodzice przerwali mu zabawę. Dla nas został zwycięzcą.

Mały rowerzysta

Mały rowerzysta

Pierwszy cel wycieczki został osiągnięty za Starym Brusnem. To co lubi tata najbardziej w rowerowych wycieczkach mogło zostać zaspokojone podczas wjazdu na Górę Brusno. Od tej strony mniej stromy niż od Nowin Horynieckich ale wciąż stający dęba i wyciskający pot podjazd na szczyt wzniesienia wyzwolił masę endorfin i głowa rodzina mogła być usatysfakcjonowana. Wysiłek został nagrodzony długim i szybkim zjazdem, praktycznie do samego parku zdrojowego w Horyńcu.

Początek długiego zjazdu z Góry Brusno do Horyńca - Zdroju

Początek długiego zjazdu z Góry Brusno do Horyńca - Zdroju

Cafe Sanacja, którą odwiedziliśmy podczas poprzedniej wizyty w Horyńcu-Zdroju przyciągała do siebie jak magnes i mknąc z Góry Brusno udaliśmy się wprost w jej gościnne progi. Michaś zasnął więc mieliśmy niepowtarzalną możliwość delektowania się w spokoju wyśmienitą kawą i jeszcze lepszymi deserami. Uśmiech mojej Kochanej Żony na widok pięknie podanego tiramisu był bezcenny. Chociażby tyko dla tej kawiarni warto wrócić w te okolice, rewelacyjne miejsce.

Był podjazd dla taty, była kawa i deser dla mamy, przyszedł czas na coś dla najmłodszego członka rodziny. Jak to bywa w wieku dwóch lat, plac zabaw dla Michasia jest tym czego potrzeba mu do życia najbardziej, więc rozpoczęliśmy poszukiwania tego przybytku. W Lubaczowie były dwa, oba tak obskurne i brudne, że odpadły w przedbiegach. Pojechaliśmy bez żalu dalej i zatrzymaliśmy się dopiero we wsi Załuża, która dzięki unijnym środkom miała do zaoferowania maluchom nowiutkie i czyściutkie miejsce do zabaw. Mały wyszalał się za wszystkie czasy, zrobiliśmy sobie piknik i wszyscy byli zadowoleni.

Raj dla dwulatkaRaj dwulatka

Pomiędzy Załużem a Chotylubiem trafiliśmy na kolejną drogę, dostępną wyłącznie dla rowerzystów i pracowników ALP (Administracja Lasów Państwowych) i skrzętnie z tej okazji skorzystaliśmy. Jeżdżąc z przyczepką takie leśne, asfaltowe drogi stają się prawdziwą przyjemnością i pomimo, że zdecydowanie wolę jeździć po szutrowych nawierzchniach to na rodzinnych wakacjach takie niespodzianki jak ta przyjmuję z otwartymi rękoma. Nasze tegoroczne wakacje na Roztoczu dobiegły końca. Do Poznania wróciliśmy następnego dnia, przemierzając Polskę w zaledwie jedenaście godzin jazdy samochodem ale to temat na zupełnie inne opowiadanie...

Tekst i zdjęcia: Remik Gałązkiewicz

www.rmk.bikestats.pl

Komentarze

Zalogowani użytkownicy nie muszą wpisywać kodu bezpieczeństwa. Zarejestruj się teraz lub zaloguj się jeśli masz już konto.