dzisiaj jest sobota, 05 grudnia 2020
Booking.com

Kliknij województwo, aby zobaczyć atrakcje.

Mapa atrakcji dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć wycieczki.

Mapa wycieczek dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć noclegi.

Mapa noclegów dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Islandzkie góry na rowerze

2020-10-14 18:21

Przygotowanie

Pomysł zrealizowałem dopiero latem (lipiec) 2020 roku. Wcześniej zaplanowałem wyjazd, ale pandemia COVID-19 ledwo tych planów nie pokrzyżowała. Jednak tak chciałem wyjechać, że zamiast odwołanego lotu kupiłem sobie nowy (chociaż droższy) - przez Gdańsk.

Chciałem dostać się do różnych miejsc w górach. Tam, gdzie niekoniecznie dosięga asfalt. Tam, gdzie są górskie drogi, nieraz z błotem, piaskiem i kamieniami. Gdzie rzeki nie mają mostów i trzeba je przekraczać brodami. Na taką podróż doświadczeni podróżnicy w internecie polecali rower górski, ale pomyślałem, że spróbuję swoim trekingowym, zobaczę jak to jest.

W górach nie ma sklepów (czasami do najbliższego trzeba jechać 3 dni), więc trzeba wziąć odpowiednio dużo bagażu - np. jedzenia (a czasami i wodę) na kilka dni, rowerowe części i narzędzie. Do takiego bagażu konieczne stały się sakwy przednie, a zatem i bagażnik przedni. Na co dzień (do pracy) takiego sprzętu nie używam, więc nie miałem. Na szczęście Sebastian z dzieciakiwplecaki załatwił (dzięki!) na wypożyczenie najlepszy przedni bagażnik Tubus Tara i najlepsze sakwy Ortlieb Sport-Roller Classic. Do tego sakwy tylne, sakwa na kierownicę i para dłuższych rzeczy w poprzek na tylnym bagażniku. Zrobił się niezły ładunek - 30-35 kg.

Wyjazd

I tak, ze swoim rowerem, bagażem, parą dobrych map, lawirując między ograniczeniami narzuconymi przez różne państwa w związku z pandemią, ruszyłem. Na lot rower pakowałem do worka plastikowego (CTC Bike Bag; w Polce nie było, kupiłem z UK) - świetny patent, moim zdaniem dużo lepszy niż karton. Podróż tam (i z powrotem) była dość długa, bo z dojazdem z Warszawy do Gdańska i z paroma przesiadkami na lotniskach - ale czego człowiek nie zrobi jak bardzo chce?

Trasa

Z lotniska Keflavik pojechałem rowerem do Reykjavik. Dalej samolotem przez całą Islandię do Egilsstadir, a stamtąd rowerem przez dolinę Fljotsdalur w góry (a tam głównie drogi nieasfaltowane). Odwiedziłem wysoki wodospad Hengifoss, potężną górę Snaefell (najwyższy szczyt niepokryty lodowcem), różne obiekty (tunel wylotowy, wejście do elektrowni, tamy, rezerwuar) kontrowersyjnej elektrowni wodnej Karahnjukar, zębate góry Kverkfjoll, najgłębsze w kraju jezioro Askja i piękny rezerwat Herdubreidarlindir. Potem wróciłem do asfaltowej “obwodnicy” kraju (drogi nr. 1), a stamtąd dwiema autokarami przez Akureyri z powrotem do Reykjavik. Z Reykjavik nocne pedałowanie (z polecenia, na próbę) do lotniska Keflavik, skąd rano czekał powrót samolotem do Polski.

Krajobrazy

Nie oszukujmy się - do Islandii w dużej mierze jedziemy po krajobrazy. A te są niesamowite: lawa, płyty tektoniczne, gejzery i strefy geotermiczne, lodowce, góry (w tym wulkany; po części kolorowe), potężne rzeki, bajeczne wodospady, oazy zieleni, piaskowe pustynie, itd. Dużo karmy i dla oczu i dla duszy. “Raj geologa” - jak ja nazywam. Jednak nie ma za darmo: pogoda potrafi dokazać (dużo wiatru i deszczu) a droga - być wymagająca (np. nieprzejezdna zwykłym samochodem). Trudno nawet powiedzieć, co tym razem wywarło na mnie największe wrażenie. Może stołowa góra Herdubreid z różnych perspektyw? Wieczorem, jak nad górą tą wisiała chmura, góra ta raz wyglądała jak “grzyb” bomby atomowej, a raz jak punk, czy gruby komin z dymem. Za pięknego dnia, opuszczając rezerwat Herdubreidarlindir - góra Herdubreid stawiła piękne tło wodospadowi. Zachwycało też wybrzeże morza przy Keflavik, góra Snaefell z dystansu, piękna dolina Fljotsdalur, bazaltowe skały przy wodospadzie Hengifoss. Wyjście tunelu wylotowego elektrowni Karahnjukar wyglądało mrocznie, a to, co ludzie zrobili z rzeki Jokly za tamą, cisnęło serce. Niesamowity kontrast stawiła ciemnoniebieska woda jeziora Askja i, obok, turkusowa woda krateru Viti (isl. “piekło”). Bajecznie - jak w Księżycu - wyglądały krajobrazy między Karahnjukar a rzeką Kreppa. Sama rzeka Kreppa, jak i niedaleko biegnąca Jokulsa a Fjollum, zatykała gardło swoją potęgą, a za Kreppą leżąca Krepputunga - uroczyła dużymi skałami lawy i męczyła piaszczystymi drogami. Lot nad Islandią zachwycał widokami z góry (cieszyłem się mogąc rozpoznać niektóre miejsca), a jazda autokarem w okolicach jeziora Myvatn i Akureyri uroczyła ciekawymi skałami i pięknymi dolinami.

Największym rozczarowaniem były góry Kverkfjoll. O nich podróżnik holender Michiel Erens pisał w internecie, że dla niego były top 1 miejscem w Islandii. Że łączą się tam elementy natury - woda, powietrze, ogień - i to połączenie zachwyca. To był jeden z dwóch głównych “nakrętaczy” mojej podróży. Na miejscu okazało się, że do tzw. strefy geotermicznej samemu iść jest niebezpiecznie: trasa idzie lodowcem, trzeba iść przez śnieg i można wpaść do śniegiem pokrytej szczeliny w lodowcu, a tam może czekać najgorsze. Aby dotrzeć do strefy geotermicznej potrzebny jest przewodnik lodowcowy, którego na miejscu nie mają, i którego trzeba samemu ściągać z dużego miasta, np. Reykjavik. A to pech - tak top 1 stało się dla mnie zwykłym miejscem w programie. I tak odwiedziłem - trudno było się dostać, bo daleko. Żeby nie było mało, w tych dniach nad górami zawisły chmury, które uniemożliwiły ze szczytów dobre widoki. Pocieszeniem było parę fajnych spacerów i to, że w schronisku przy tych górach spotkałem fajnych ludzi.

Jazda

Jazda własnym rowerem drogami górskimi (najczęściej tylko dla terenówek) i generalnie nieasfaltowymi rzadko kiedy była przyjemna. Dużo suchego piasku, przez który trzeba pchać rower, bo jechać się nie da - koła toną. Dużo kamieni, przez które trzęsie (nie mam amortyzacji, a opony napompowane na maksa). Roweru szkoda i własnego tyłka, więc znowu często pchanie. Jak nie piasek i nie kamienie to “drabina”, jak to i u nas bywa na żwirowych drogach. Próbujesz jechać z brzegu, po środku, robisz zygzaki, ale i tak po jakimś czasie jesteś zmuszony zejść z roweru. Wiatr praktycznie zawsze był - czasami przeszkadzał, ale najczęściej dął z boku czy kontem, a raz nawet w plecy. Deszczu prawie nie doświadczyłem - w górach (w głębi wyspy) jest dość sucho, deszcz może być częstszy bliżej oceanu. Swoistą przygodą jest przeprawy przez rzeki - zmieniasz buty na sandały, zdejmujesz większość bagażu, pchasz rower przez rzekę, przenosisz resztę bagażu, i sprzątasz wszystko. Czasu potrafi zając niemało, ale każda rzeka jest nieco inna, ze swoim “smaczkiem”.

Rower i nogi pięknie współpracowały (z rowerem nie miałem żadnej awarii, nawet pękniętej dętki; było tylko kilka poluzowanych śrub), ale po prostu się zmęczyłem, kark i nogi obolały. Kombinacja takiego roweru, ilości bagażu i takich dróg jednak jest zabójcza. Na asfaltowe drogi - w porządku. Na rowerze górskim - może być. Mniej bagażu, ale reszta taka sama - tylko mały plus. Ponieważ droga była ciężka, dziennie pokonywałem mniej kilometrów niż planowałem. Dlatego mojemu “dream road” z Dreki (Askja) do Nyidalur (prawie w centrum wyspy), blisko lodowca Vatnajokull, musiałem powiedzieć “nie tym razem”. Również musiałem zrezygnować z przejazdu w poprzek wyspy i jazdy w okolicach Thorsmork. Cóż - może wrócę?

Ludzie

Podoba mi się nordycka mentalność. Ludzie prości, niearoganccy, krytyczni i dobrze wychowani. Dlatego, kiedy jadę w kraje nordyckie, czuję się bardzo dobrze. Wiem, że spotka mnie wysoka jakość usług, mili niechamscy ludzie i potencjalnie ciekawa rozmowa. W Islandii jest dodatkowo dużo turystów, ale teraz z powodu pandemii ich było mniej. Dużo mniej. O tyle mniej, że zazwyczaj pełny kemping (200 namiotów?) w Laugardalur w Reykjavik był pustawy - policzyłbym 10-15 namiotów (zresztą, ja sam ledwo wyjechałem). Na lotnisku testowali (można było wybrać też kwarantannę) na COVID-19: wymaz z nosa i gardła, i SMS po 12 godz., że u mnie wirusa nie znaleźli.

Z turystów najczęściej spotkałem Niemców. Spotkałem też kilka francuzów, Holendra, Hiszpana. Z rowerzystów w górach spotkałem parę z Francji, Bułgara, Niemca, a na “ring road” - Włocha. Niemiec “optymizator” dał mi inspirację na kolejną podróż - rower górski, bagażu 10 kg, tylko tylne sakwy (opcjonalnie też na kierownicę i pod ramą), namiot 1 kg, śpiwór 1 kg, jedzenia (500 g dziennie) maks na 6 dni, wody na kilka dni nie brać, bo jednak po drodze jest. Spotkałem też motorzystów - Niemców, Islandczyka. Motorami jadą wprost przez rzeki, chyba że są za głębokie.

Spotkałem sporo fajnych Islandczyków. Z dziewczyną z Kopavogur, spotkaną przy drodze podczas obiadu rozmawialiśmy ponad godzinę, częstowała mnie jogurtem. Personel w kempingach, schroniskach był bardzo pomocny. Jeśli nie Helga z kempingu Vegardur, nie spotkałbym się z miłym i pomocnym personelem parku narodowego Vatnajokull - ludźmi, którzy pomogli mi rozwiązać problem z niedziałającym kartuszem gazowym. W schronisku Sigurdarskali, obok gór Kverkfjoll, spotkałem grupę Islandczyków na urlopie. Zaprosili na jedzenie, a przy tym też wyszła przyjemna rozmowa. Znajomi z czasów, bodajże, studiów. Teraz przyjechali od podnóża góry Herdubreid, gdzie wspięli się na szczyt (to było ich marzeniem). Rozmawialiśmy m.in. o bananach, których Islandia jest największym eksporterem w Europie. Mówili, że mam szczęście, że mogę sam oglądać tę przyrodę, bo innego roku byłoby to pełno namiotów.

Na drogach mnie mijało dużo terenówek. Ja się witałem podniesieniem ręki lub kiwnięciem głowy, a ludzie odpowiadali powitaniem, zagadywali, pytali. Niektórzy byli zszokowani moim przedsięwzięciem, nazywali mnie szaleńcem czy twardzielem. Część kierowców (np. reindżera Ulvura, ratowników) spotkałem nie raz. Jedna ratowniczka mi dała radę - może zmienić rower na elektryczny? Mówi: wiem, że to nie to, ale czasami (np. w górę) jednak pomoc silnika może się przydać, nie?

Spotkałem też kilka miejscowych Polaków, m.in. dziewczynę pracującą w schronisku Laugarfel (źródła termiczne; dziewczyna robi smaczne ciasta), i inną - pracującą w jednym z najlepszych barów w Reykjavik.

To podczas podróży, ale z kilkoma osobami już przed podróżą (i po) pisaliśmy się mailami. Wartościową pomoc otrzymałem od podróżników Ivan Viehoff i Michiel Erens, i kierowniczki NGO (które sporządza i utrzymuje specjalną i bardzo przydatną mapę dla rowerzystów) Sesselji.

Na przyszłość

Było fajnie, ale jazda zmęczyła. Nie mówię “never ever”, ale jeśli wrócę (a chciałbym) w islandzkie góry, to na rowerze górskim i z mniejszym bagażem. Są jeszcze fajne miejsca do odwiedzenia, ciekawe i tajemnicze drogi do przebycia. No i obcowania z Islandczykami, na razie, nie ma za mało.

Aurimas Pranskevičius, sierpień 2020

Komentarze

Zalogowani użytkownicy nie muszą wpisywać kodu bezpieczeństwa. Zarejestruj się teraz lub zaloguj się jeśli masz już konto.