dzisiaj jest poniedziałek, 20 maja 2019
Booking.com

Kliknij województwo, aby zobaczyć atrakcje.

Mapa atrakcji dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć wycieczki.

Mapa wycieczek dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Kliknij województwo, aby zobaczyć noclegi.

Mapa noclegów dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie opolskie podkarpackie podlaskie pomorskie śląskie świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie zachodniopomorskie

Wyprawy rowerowe z dziećmi - niezbędne wyposażenie

2018-08-08 08:48

Co spakować?

Chyba jedną z najważniejszych rzeczy jest uświadomienie sobie, co tak naprawdę jest nam potrzebne? Tylko nie na zasadzie „a to może się przyda”, tylko takie naprawdę absolutne „musi być”. Zacznijmy od samego początku, czyli w co się ubrać. Ubrania należy pakować przede wszystkim funkcjonalne, nie muszą być ładne czy modne, mają być wygodne i ma być nam w nich dobrze. Trzeba się zastanowić gdzie i o jakiej porze roku jedziemy, czego możemy spodziewać się po pogodzie, ale też jakie ceny ubrań będą na miejscu, bo może się okazać, że taniej wyjdzie nam kupienie rzeczy na miejscu. Jadąc do Maroka zimą wiedzieliśmy, że pogoda może nam płatać figle (choć nie sądziliśmy, że aż tak). Zdarzały się przymrozki, zdarzał się deszcz i ziąb, ale na pustyni w ciągu dnia wszystkie „zimowe” ciuchy lądowały na dnie sakw. Lądowały, ale były niezbędne. Z praktycznego punktu widzenia już wiem, że białe bodziaki i koszulki można sobie zostawić w domu na wizyty u babci i dziadka, dopranie białego ciucha z pełzającej wszędzie Rutki było nieosiągalne (tu należy też włączyć tryb innej tolerancji na „brud”). Kiedy myślę o pakowaniu na długi wyjazd to oprócz tego co wziąć, należy podjąć decyzję ile tego wziąć. Pakują się na pół roku w głowie miałam wyjazd na tydzień/dwa tygodnie, dlatego też poniższe porady i listy są moim zdaniem uniwersalne i przydadzą się rodzinom podróżującym krócej niż my. Wszystko po to, żeby powiedzmy na tydzień być niezależnym – bez konieczności robienia prania. Ten system wydaje się najsensowniejszy, choć oczywiście rzeczy mieliśmy i tak za dużo, szczególnie tych dla dzieciaków.

Kolejna sprawa to ubezpieczenie turystyczne, szczególnie gdy wybieramy się na wyjazd zagraniczny. Wskazówki na co zwrócić uwagę, jak wybrać znajdziecie w artykule Ubezpieczenie turystyczne dla całej rodziny – na co zwrócić uwagę?

Wychodziło to jednak średnio:

- 7 koszulek/body,

- 3 spodnie długie,

- 2 krótkie,

- 2 bluzy,

- sandały i pełne buty (SPD),

- peleryna,

- majtki i skarpety.

- plus dla wiecznie zmarzniętej mamy – mała kurtka puchowa, która była najlepszym zakupem przed wyjazdem. Dla mamy obowiązkowo spódnica i sukienki – ja osobiście najbardziej lubię jeździć w sukienkach i ewentualnie getrach pod spodem, ale ma to też cel w utrzymaniu choć odrobiny „kobiecości”.

Fot. www.kajtostany.pl

Rzeczy uzbierało się więc sporo, jeśli pomnożymy sobie je razy cztery (Zbychu ciuchów miał najmniej z nas wszystkich – jest mistrzem minimalu!), ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że część po drodze wyrzucaliśmy i tak z kilometra na kilometr stawaliśmy się coraz lżejsi. Doszliśmy do sedna – waga! Bo jakby nie patrzeć na wyjeździe rowerowym czy trekkingowym najistotniejszą cechą zabieranych rzeczy jest ich waga, zaraz po objętości. Bardzo długo zastanawialiśmy się nad tym czy inwestować w lżejszy sprzęt czy jechać z tym czym dysponowaliśmy wtedy. Stanęło na zostawieniu pieniędzy na sam wyjazd i podniesieniu wagi całego bagażu o kilka kilogramów. Niestety lekkie materiały swoje kosztują i jeśli chodzi o ciuchy techniczne, i sprzęt biwakowy. Także pojechaliśmy ze starymi śpiworami, nienajlżejszymi matami i karimatą i ubraniami z taniej odzieży (w tym techniczne ciuchy z wełny merino czy koszulki „potówki”). Może byłoby nam trochę łatwiej, ale pewnie musielibyśmy zrezygnować z miesiąca wyjazdu, bo budżet by się nam nie dopiął. Także, jeśli ktoś ma – niech inwestuje, jeśli nie ma – niech się cieszy z tego co ma, bo to z pewnością wystarczy.

Fot. www.kajtostany.pl

Zainwestować jednak czasem trzeba, w podstawy, czyli dla nas: rowery, przyczepę, sakwy i namiot. Rowery udało nam się pożyczyć od Stowarzyszenia Afryka Nowaka, którego jesteśmy członkami. Z naszego doświadczenia rowery nie muszą być, a nawet nie powinny z tysiącem bajerów – powinny być wygodne i proste w naprawie. Przyczepkę - zakupiliśmy Nordic Cab Explorer, zostaliśmy wyposażeni w sakwy od Crosso, zatem został namiot. Kupiliśmy willę (2x2,4m), czteroosobowy namiot BigAgnes ważący niespełna 4 kg. Oprócz wagi ważny był dla nas komfort, bo siedząc w deszczu pod namiotem z dwójką dzieciaków trzeba mieć odrobinę miejsca do wyszalenia się, a i dobrze móc bez problemu wyprostować dłuugie kości. Kosztował sporo, ale pomyśleliśmy sobie, że 1000 zł za wynajem mieszkania na pół roku to całkiem niezła cena:) Bo nasze noclegi w głównej mierze opierały się na dzikim rozbijaniu się gdzieś w naturze. Raz na tydzień/dwa staraliśmy się łapać na nocleg z bieżącą wodą, żeby porządnie się wykąpać i przeprać. Za miejscem na biwak zaczynaliśmy się rozglądać zazwyczaj godzinę przed zmierzchem. Oczywiście zdarzały się sytuacje podbramkowe i rozbijanie się po zmroku, ale tego jednak staraliśmy się unikać. Zawsze dobrze jest widzieć gdzie i w jakiej okolicy mamy nocować, żeby było wygodnie i bezpiecznie. Takie szukanie miejsca to świetna zabawa dla dzieciaków – Kajtek do tej pory kiedy widzi odludne miejsce wśród drzew, woła że to jest dobre miejsce na nocleg. Nasze rozbijanie zależy od wielu czynników – pogody, warunków i poziomu głodu. Czasem idzie nam to błyskawicznie, a czasem potrafimy spędzić na „rozbijaniu” całe popołudnie. Zazwyczaj Zbych z Kajtkiem zaczynał stawianie namiotu, a ja ogarniałam sakwy, czyli wyjmowałam potrzebne nam rzeczy.

Logistyka, czyli jak spakować sakwy by się nie pogubić

Tu pojawia się kolejna kwestia – logistyka. Tak naprawdę jak sobie zorganizujesz, rozplanujesz rzeczy po sakwach i workach, tak będziesz to ogarniał i tym łatwiej i sprawniej się rozpakowywał i pakował. Biorąc pod uwagę to, że zazwyczaj każdy nocleg spędzaliśmy w innym miejscu, ta organizacja miała ogromne znaczenie i z dnia na dzień szło nam coraz sprawniej (szczerze mówiąc, po wyjeździe brakowało nam tego codziennego rytuału). Nasz ekwipunek mieścił się do 4 dużych sakw, 4 małych sakw i dwóch worków transportowych plus torba na aparat (lustrzanka) i torba na kierownicę. W przyczepie oprócz dzieci woziliśmy najczęściej części zapasowe, zabawki, koc i plecak z podstawą, czyli pieluchy, chusteczki, krem i zmiana ubranek. Układ ten modyfikowaliśmy co jakiś czas, bo okazało się, że jednak łatwiej plecak łatwiej wyjąć z przedniej sakwy niż z bagażnika przyczepy, który był czasami zablokowany przez rowerek Kajtka. Tylne sakwy w ciągu dnia były raczej nie ruszane, także wszystko co potrzebowaliśmy mieściło się do przednich sakw i przyczepy. Duże sakwy zawierały przede wszystkim ubrania – każdy z nas miał po jednej sakwie. Tak to miało wyglądać w teorii, a w praktyce do każdej z sakw dochodziły różnego rodzaju „pierdółki”, kosmetyczka, nieużywane codziennie papiery czy dokumenty. Przednie sakwy to: kuchnia, elektronika, plecak z podstawą, przekąski i ewentualne ciuchy do narzucenia w czasie drogi. Przez długi czas w przyczepie woziliśmy wodę, co było niefortunnym pomysłem, bo dociążaliśmy ją jeszcze bardziej, więc później woda lądowała najczęściej podzielona pomiędzy sakwami (w sumie mieliśmy 4 butelki aluminiowe o pojemności 1 l każda, trzy bidony na rowerach oraz w czasie drogi przez pustynię 5-litrowy baniak. W Europie dokupiliśmy jeszcze dwie butelki plastikowe z filtrem węglowym, za to na lotnisku w Marrakeszu pozbyliśmy się baniaka. Worki transportowe były sypialnią. W jednym zamknięty był namiot, w drugim śpiwory, maty i pidżamy. Wszystko co potrzebne ma już swoje miejsce, więc możemy wrócić do biwakowania. Ogarnianie sakw podczas rozbijania polegało na wyjęciu ciuchów na kolejny dzień, nadmuchaniu mat, odpięciu sakw z kuchnią, spiżarnią i elektroniką i wyjęciu plecaka. Duże sakwy zostawialiśmy na noc przypięte do rowerów, rowery i przyczepę spinaliśmy ze sobą zapięciem i rozpoczynaliśmy gramolenie się do namiotu. Jeśli pogoda dopisywała gotowaliśmy kolację na świeżym powietrzu, jeśli jednak było zimno i mokro po ogarnięciu środka przygotowywaliśmy strawę w namiocie. „Układ namiotowy” wyglądał zawsze tak samo, najpierw maty i karimata (karimata przydaje się do gotowania na wietrze jako wiatrochron), później w jeden róg wrzucaliśmy śpiwory, rozścielaliśmy koc polarowy (głównie na matę Rutki), drugi róg był kuchnią - tam lądowała kuchenka i siatki z jedzeniem, trzeci róg to biuro z wszelką elektroniką, a najpotrzebniejsze, najcenniejsze (w sensie materialnym) rzeczy pod głowę. Jedzenie zazwyczaj staraliśmy się dzielić na gotowe i niegotowe do spożycia. Dzięki temu wiedzieliśmy gdzie mamy szukać rzeczy na obiad do gotowania, a gdzie na śniadanie w wersji surowej. Jadłospis wyjazdowy mieliśmy rozbudowany i nauczyłam się nawet robić ukochane przez Kajtka placki z jabłkami czy omlety:) Generalnie na jedzeniu nie oszczędzaliśmy i nie szliśmy na łatwiznę, bo wszyscy jeść lubimy i z gotowaniem też problemów nie mamy:) Rzecz jasna posiłkowaliśmy się także lokalną kuchnią w gar-kuchniach (Maroko) czy barach (Portugalia/Hiszpania), tak jak zdarzało nam się spanie w hotelach czy u gospodarzy z Couchsurfing czy Warmshowers.

Fot. www.kajtostany.pl

Oprócz samego ogarnięcia co gdzie jest, rozmieszczenie ma znaczenie przy rozkładaniu ciężaru na cały rower. Chodzi o to, żeby nie dociążać na maksa tyłu i zostawiać lekki przód, bo np. podczas jazdy z przyczepą często przód podbija. Nam udało się przeciążyć przyczepę, więc później staraliśmy się ją jednak traktować delikatniej, a cięższe rzeczy wrzucaliśmy do sakw. Przednie sakwy nie mogą być też za ciężkie, bo po dłuższym czasie ręce bolą. A najcięższe rzeczy to tak naprawdę części zapasowe do rowerów i przyczepy. Nie wieźliśmy tego dużo, ale każde żelastwo waży swoje:

- kilka szprych,

- ogniwa łańcucha,

- zapasowe ośki do przyczepy,

- bacik oraz klucz do szprych,

- klucz do kasety,

- multitool,

- zapasowe śrubki i nakrętki,

- klucz nastawny plus smar,

- dętki, łatki do dętek,

- okładziny do klocków hamulcowych oraz klocki hamulcowe,

- trytki,

- szarą taśmę i kawałek drutu.

Nie przydało nam się wszystko, ale w rowerze Zbycha kilka szprych faktycznie poszło, jednak przy ciągnięciu ponad 100 kg to nic dziwnego, a Brennabory znów spisały się na medal. Duży problem mieliśmy z elektroniką, bo z jednej strony chcieliśmy trzymać ją w jednym miejscu, a z drugiej waży to dziadostwo tyle, że trzymając wszystko w jednej sakwie, wprowadzało się za dużą asymetrię. Z elektroniką to tak jak ze sprzętem – można zainwestować i kupić lżejszy, ale trzeba wydać pieniądze, które można w przyjemniejszy sposób spożytkować na wyjeździe. Przez to, że prowadzimy bloga mieliśmy ze sobą:

- tablet,

- mały komputer,

- dysk zewnętrzny,

- lustrzankę,

- kamerkę.

Do bagażu elektronicznego dochodziły jeszcze:

- czytnik książek elektronicznych,

- zasilanie,

- bateria słoneczna,

- GPS i telefony.

Teraz już wiemy, że na kolejny wyjazd bierzemy albo komputer albo tablet, bo i tak nie mieliśmy siły ani woli, żeby jednocześnie siedzieć, pisać i wrzucać zdjęcia. Reszta sprzętu jest dla nas „obowiązkowa” i spisała się doskonale. Czytnik książek zastąpił nam nie tylko nasze książki i przewodniki, ale także książeczki dla dzieci. Sprzęty fotograficzne dokumentowały nasz wspólny czas, GPS nas prowadził, a bateria słoneczna dawała niezależność energetyczną. „Kundel” (tak określamy nasz czytnik) pomagał mi też pokonywać największe podjazdy, żeby wyłączyć mózg i nie myśleć o tym ile jeszcze do góry, ja zanurzałam się w inne wymiary i tylko nogi bezwarunkowo napędzały mój rower. Ostatecznie elektronika rozrzucona była po wszystkich elementach bagażu od sakw po torbę na kierownicę.

Dodatkowy bagaż, czyli dziecko na własnym rowerku i dziecko w pieluchach

Powiedzenie „małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko – duży kłopot” sprawdza się także na wyjeździe. Małe dziecko dużo śpi, ma zdecydowanie mniejsze potrzeby, dużemu dziecku trzeba zapewniać już więcej atrakcji, poświęcać mu więcej czasu i nie wysiedzi już tyle w przyczepie co maluch. Wiedzieliśmy więc, że rowerek dla Kajtka to rzecz obowiązkowa. Do tej pory jeździliśmy z biegowym, ale 4-latek może spokojnie zacząć pedałować razem z rodzicami. Dlatego zdecydowaliśmy się rowerek 12' z pedałami. Wszystko spoko, tylko dlaczego te rowerki są tak ciężkie. Fakt, że znowu odpuściliśmy inwestowanie w lżejszy sprzęt, ale 9 kg to lekka przesada. Założenie było takie, że Kajtek może jechać na przymocowanym za przyczepą rowerku, a jak już nauczy się jeździć samodzielnie będzie mógł też pokonywać pewne odcinki drogi sam. I faktycznie tak to wyglądało – samoróbka mocowania rowerka do przyczepy z dnia na dzień była udoskonalana, a Kajtek też coraz lepiej jeździł sam.

Fot. www.kajtostany.pl

Sztukę samodzielnej jazdy posiadł na pustyni, ale tak na dobre rozkręcił się dopiero we Francji, gdzie było więcej szlaków rowerowych, dróg bez ruchu samochodowego, gdzie czuł się pewnie i bezpiecznie. A rowerek mieliśmy zostawić wcześniej niemal po każdym podjeździe..., ale kiedy widzieliśmy radość z jazdy i wspólne pokonywanie kolejnych kilometrów, ciężar przestał mieć takie znaczenie. Już po powrocie wiedzieliśmy, że chcemy zainwestować w lepszy system wspomagania Kajtka w jeździe, dlatego zainwestowaliśmy w hol Follow Me, który jest rewelacyjny – stabilny, bezpieczny i łatwy w obsłudze (rowerek Kajtka był przykręcany i rozkręcany do przyczepy kluczem nastawnym, co zajmowało co najmniej kilka minut, w holu wystarczy chwila i nawet mama Fasola potrafi zamontować i zdemontować rowerek). W takiej samodzielnej jeździe najważniejsza jest motywacja i chęci. Przede wszystkim nic na siłę, a po drugie stwórzmy dziecku warunki podobne do naszych – czyli obowiązkowo bidon, bagażnik z sakwą, nóżka i dzwonek:)

Fot. www.kajtostany.pl

Biorąc do ręki pieluszkę jednorazową trudno sobie wyobrazić, że paczka 40 pieluch waży swoje. Dochodzą do tego jeszcze chusteczki nawilżane, jakiś krem i ewentualnie przewijak. I niby z tak niewielkiej rzeczy robią się kolejne kilogramy. Nam na wyjeździe świetnie sprawdziły się pieluchy wielorazowe, których na co dzień używamy w domu (zarówno przy Kajtku, jak i przy Rucie). Zajmują trochę więcej miejsca i logistycznie trzeba ogarnąć co jakiś czas ich pranie, ale przede wszystkim są zdrowsze i dla dziecka i dla środowiska. Na wyjazd wzięłam tylko dwie sztuki na wszelki wypadek. Jednak po Maroku, prosiłam rodziców, żeby przywieźli ich więcej, bo ułatwiało nam to bardzo sprawę. W odróżnieniu jednak od domowych warunków, na wyjeździe zamiast gotowych wkładów do pieluch, używaliśmy zwykłej tetry, którą po praniu można łatwo rozwiesić i zdecydowanie szybciej schnie, niż kilkuwarstwowa wkładka. Tak jak przy ciuchach, przekonaliśmy się do wełny merino, tak tu przekonały nas otulacze wełniane, które są naturalnie antybakteryjne i szybciej schną (choć to też zależy od jego grubości). Przy takich higienicznych kwestiach chciałam poruszyć jeszcze temat kosmetyczki. Przybory do mycia ograniczały się do żelu wraz z szamponem dla niemowląt, z którego korzystaliśmy wszyscy, pasty do zębów i szczoteczek oraz szarego mydła do prania. Mieliśmy ze sobą również jeden krem nawilżający oraz krem na słońce – tu także w wersjach dla niemowląt. Nam kosmetyki czy leki dla niemowląt nie zaszkodzą, a im jeszcze nie jest to tak obojętne, a dzięki takiemu rozwiązaniu zaoszczędzimy miejsce w bagażu i obniżymy jego wagę.

Spakowani? To ruszamy!

Skoro udało nam się już spakować, upchaliśmy wszystko do sakw, upewniliśmy się, że mamy wszystko co jest nam potrzebne pora ruszać. Tylko dokąd? Wybór trasy i jej planowanie to nie lada sztuka. Szczególnie dla nas, bo z planowaniem nie jesteśmy za pan brat. W tak długim wyjeździe z dziećmi planowanie tak naprawdę nie ma sensu. Jest tak wiele zmiennych, tak wiele nieoczekiwanych sytuacji, że nasze plany co chwilę musieliśmy weryfikować, aż w końcu przestaliśmy planować. Wyjeżdżając mieliśmy wyznaczone trasy na jazdę po Maroku, zakładaliśmy, że będziemy pokonywać średnio 60 km dziennie. Życie zweryfikowało nasze radosne założenia;) Po pierwsze 60 km wykręcaliśmy po płaskim, w Europie, jak już się rozkręciliśmy, a na początku czasami 20 km to był szczyt naszych możliwości. Dlatego teraz na pytanie ile kilometrów dziennie przejeżdżamy najczęściej odpowiadamy w czasie spędzonym na rowerach, czyli około 3 godzin.

Fot. www.kajtostany.pl

Wyjazd ma być przyjemnością zarówno dla nas, jak i dla dzieciaków, więc nie ma co się mordować, napinać, tylko jechać do przodu tyle ile się da, nawet 5 km to dużo. Po drugie zaskoczyła nas pogoda, śnieg w Atlasie Wysokim, powódź na pustyni i z naszych ambitnych planów nic nie zostało (i całe szczęście). Krótkie wakacje rowerowe (takie do 4 tygodni) można zaplanować, można z grubsza określić co, gdzie i jak. I najczęściej na taki okres, ale częściej nawet krócej (tydzień) planowaliśmy nasz wyjazd. Kiedy zauważyliśmy, że budżet się kończy i czas kurczy zaczęliśmy podjeżdżać pociągami, a Niemcy niemal całe przejechaliśmy koleją. Także warto pamiętać, że najważniejsze to nie dać się zwariować, tylko spakować się i ruszyć w drogę.

Ola Pająk-Gałęza - kajtostany.pl

Zapraszamy do dzielenia się z innymi rowerowymi rodzinami swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami, wystarczy skomentować artykuł :)

Komentarze

Gość - Monika 2016-07-08 23:19

Witajcie! Z przyjemnoscia i uśmiechem przeczytałam wasz artykuł. U nas to wygląda dość podobnie :). Sakwy, przyczepka, hol...
Mamy sześcioro dzieci w wieku 1,5 do 14,5 lat. A co za tym idzie, jeszcze więcej bagażu, ale i więcej tragaży :) Nasze najwspanialsze (najdluższe) wyprawy to po ok 10 dni wzdłuż alpejskich dolin. Cudowne uczucie bycia razem i bez nadmiaru przedmiotów. Czasem z lekkim niedomiarem ;), ale potrzeba jest matką wynalazków! Szykujemy się do kolejnej wyprawy. Pozdrwiamy was serdecznie! Monika i Szymon

Gość - Kajtostany 2016-07-09 09:10

Łał! Super, a my się zastanawialiśmy jak to będzie z trójką teraz;) Dzięki za odzew i dodanie otuchy. Wiatru w plecy:)

dwp 2016-07-09 18:25

Pani Moniko,
cieszymy się z zakupu holu i zachęcamy do opisania relacji z wyjazdów! Każdą relację nagrodzimy :)

Gość - Monika 2016-07-09 22:10

A właśnie, kupilismy ten nowy hol u Was w sklepie wczoraj :), ten chyba najdroższy na świecie ;) Juz zamontowany. Szczerze powiem, ze jest przyczepiony do roweru najstarszego syna, ma 14,5 lat, ale syn jest wyzszy niz ja, ciezszy niz ja i ma zdecydowanie wiecej sily niz ja. Trasa jest zawsze niby po plaskim, ale jednak to sa gory :) a corka ktora ciagnelam ma juz 5 lat, no i jeszcze sakwy... i jej rower ma kola 20"... niech mlodziez sie wyżywa.
Co do naszych najwazniejszych spostrzezen z wyjazdow (sa prawie takie same jak wasze!, np dzienny czas na rowerze itp) powiem o jednej b ważnej wg nas rzeczy: odstępy miedzy dziećmi w czasie jazdy. Im szybciej, tym wieksze odstępy. Bardzo tego pilnujemy. Mielismy nieprzyjemny wypadek trzy lata temu, jechalismy z górki po dlugim podjeżdżaniu... wszyscy chcieli troszke "poszalec" i ochłodzic sie... Osmioletni wtedy syn mial zaladowany rower bo bardzo chcial wiezc namiot (oprocz tego mial dwie male sakwy - takie jak na przod, tylko ze z tylu). Wyglupial sie, niestety..., i przewrocil sie. Kierownica wbila mu sie w brzuch. Po nim zaraz przejechala starsza siostra na rowerze.... wygladalo to strasznie. Obylo sie bez szpitala, ale mielismy kontakt telefoniczny z lekarzem w rodzinie w PL. Blizna zostala. To dla nas przestroga na zawsze. Przy takiej liczbie dzieci musi byc porzadek i przestrzeganie zadad. I kaski.
Pozdrawiam serdecznie i dziekuje za mile slowa.

Zalogowani użytkownicy nie muszą wpisywać kodu bezpieczeństwa. Zarejestruj się teraz lub zaloguj się jeśli masz już konto.